Czytelnia

Urszula Rogólska dodane 28.11.2008 21:31 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

W kalendarzu liturgicznym wspominamy go 6 grudnia. Podania o jego życiu podkreślają, iż był wymodlonym dzieckiem bardzo bogatych rodziców. Po ich śmierci - jako gorliwy kapłan, który nie tylko zgłębiał Słowo Boże, ale wprowadzał je w życie - majątek rozdawał ubogim i potrzebującym.
 
Pomagał dyskretnie i nie oczekiwał wdzięczności. Wręcz się przed nią wzbraniał! Jak podają legendy - mało komu udawało się go „złapać na gorącym uczynku”. To św. Mikołaj z Myry, biskup - na licznych wizerunkach przedstawiany z symbolami tego urzędu. Chyba nie ma drugiego świętego, którego postać byłaby od ponad 1700 lat tak bardzo obecna w naszej rzeczywistości. Ale czy to nadal ten sam

Mikołaj? Święty? Biskup?

Musiało być coś w tym biskupie - postaci niewątpliwie historycznej - że do swoich potrzeb naginają go różne czasy i ideologie. Bo każdy czas potrzebuje obdarowywania. Czy zawsze jednak towarzyszy mu tylko bezinteresowna miłość...?

Kiedyś przeżywaliśmy odwiedziny Dziadka Mroza, dziś - gdzie nie spojrzeć - pohukujące przerośnięte krasnale w czerwonych uniformach z przekrzywioną czapką z pomponem (wymyślone przez Haddona Sundbloma w 1931 r. na potrzeby reklamowe Coca-Coli), koniecznie kierujące zaprzęgiem reniferów, albo żeńskie odmiany tego stwora - zgrabne Śnieżynki.

Szał zaczyna się w połowie listopada, a kończy w styczniu. Tłumy przebierańców przewijają się przez ulice, dworce i sklepy. - Wiadomo - biznes - rzuca krótko ks. Jerzy Horzela z sanktuarium św. Mikołaja w Pierśćcu koło Skoczowa. - Św. Mikołaj ma swoją uroczystość 6 grudnia. A rozciągnięcie tego wszystkiego na czas, kiedy nie ma jeszcze Adwentu, ma tylko jeden cel - jak najwięcej na tym zarobić. Niektóre przedsiębiorstwa produkują „mikołajowe” gadżety tylko po to, żeby w tym czasie zwiększyć sprzedaż.

„Na Mikołaju” można zarobić

nie tylko doklejając owego krasnala na opakowaniu jakiegokolwiek produktu. Ks. Horzela opowiada, jak to niedawno dostał ofertę zakupu figurki Mikołaja wspinającego się po linie, którą można zamontować na wieży kościoła.

Komercjalizacja Świętego postępuje, a pojawiają się coraz nowsze pomysły. W jednej z gazet ukazało się ogłoszenie: „Pilnie poszukujemy emerytów lub rencistów mających dobry kontakt z dziećmi do pracy w charakterze św. Mikołaja na terenie hipermarketu (...). Oferujemy stałą pracę (4-6 godzin dziennie) przez cały grudzień, Wymagania: miłe, pogodne usposobienie, naturalny brzuszek, niekaralność”.

W Internecie już od dobrych kilku lat swoje usługi - w roli Mikołaja - proponują - studenci. Informują ze szczegółami, że wizyta trwa 20 minut: „Jest to czas w zupełności wystarczający na wysłuchanie wierszyków, kolęd i rozmowę z domownikami oraz, co najważniejsze, na wręczenie prezentów. Zazwyczaj w tej chwili

Święty przestaje już być ważny.

Cichutko w towarzystwie jednej z dorosłych osób zostaje odprowadzony do drzwi, gdzie następuje przekazanie wcześniej ustalonej sumy (prosimy, aby pieniądze były odliczone, ponieważ Mikołaj nie nosi ze sobą kasy i nie może wydać reszty)”.

Wizyta musi być oczywiście dopracowana w szczegółach. „Mikołaje” nadmieniają: „muszą dokładnie zostać omówione zasady przekazania prezentów z miejsc, gdzie były ukryte, do worka, z którego zostaną w odpowiednim czasie wyciągnięte. W praktyce zwykle prezenty odbierane są od sąsiadów lub jeden z rodziców o umówionej porze spotyka się z Mikołajem np. na klatce schodowej lub w piwnicy. Następnie rodzic wraca do domu, a po kilku minutach do drzwi dzwoni upragniony gość”.
Można też znaleźć receptę na to jak poznać „prawdziwego” św. Mikołaja: „kurtka z czerwonego materiału wykończonego białym futerkiem. Zapinana pod samą szyję na wielkie białe guziki. Spodnie czerwone, głębokie, wpuszczane kieszenie po bokach. W pasie spodnie są opięte na wystającym brzuchu. Włosy, broda i wąsy muszą być długie i mieć białosrebrny kolor. Czapka czerwona wykończona białym futerkiem. Na czubku biały pompon. Pas powinien być szeroki i czarny, buty wysokie z cholewami także czarne. Worek zrobiony z naturalnych materiałów, wykończony jest czerwoną taśmą”.
Ks. Jerzy Horzela nie ukrywa poirytowania, opowiadając, jak kilka lat temu przedszkolanka w telewizji tłumaczyła dzieciom, skąd się wziął Święty. „To taki mały Smurf - mówiła - niebieskie paskudztwo. W głowie mu się pomyliło i wszystko zaczął rozdawać. Papa Smurf bardzo się trapił, przyrządził dla niego miksturę i oto mamy św. Mikołaja”.

Skąd pochodzi św. Mikołaj?
Odpowiadając na to pytanie, dzieci najczęściej mówią o Finlandii, a i zdecydowana większość dorosłych tak odpowiada. W latach 20. XX wieku jeden z dziennikarzy fińskich wymyślił tę historię podczas programu dla dzieci i tak zostało...

Kilkanaście lat temu minister spraw zagranicznych Finlandii uroczyście przekazał Laponię Mikołajowi. Głównym celem tysięcy turystów bywa jej stolica, Rovaniemi. 8 km od miasta znajduje się wioska Świętego Mikołaja. Jest tutaj Główne Biuro, Poczta Główna, restauracja, Oficjalny Port Lotniczy Świętego Mikołaja. Swoje „siedziby” Mikołaja mają niemal wszystkie kraje skandynawskie...

Gdzie w tym wszystkim dyskrecja i unikanie rozgłosu, którymi zasłynął święty biskup Myry? Czy ktoś myśli jeszcze o tej postaci, mówiąc „Święty Mikołaj”?

Urodził się ok. roku 270 w Patarze w Licji (w Azji Mniejszej), zmarł ok. 345-352 r. Rodzice jego należeli do jednego z najznakomitszych rodów i słynęli z bogactw i pobożności. Był ich jedynym synem. Za ich zgodą wybrał stan duchowny. Około 300 roku wielka zaraza zabrała rodziców. Ale on nie unikał kontaktów z chorymi, pomagał i pocieszał.
Podanie głosi, że w czasie prześladowań, jakie spotykały chrześcijan za czasów cesarza Dioklecjana i Maksymiana, Święty został uwięziony. Ale jego sława już wtedy rozeszła się po całym świecie chrześcijańskim, tak że sędziowie pogańscy nie mieli odwagi skazać go na śmierć za to, że był gorliwym chrześcijaninem - poprzestali na wygnaniu z miasta. Gdy na tron wstąpił Konstantyn, Mikołaj wrócił, zjednując wielu pogan dla Chrystusa.
Na powszechnym soborze w Nicei w roku 325, w czasie którego ustanowiono dogmat Trójcy Świętej, miał podobno ostro wystąpić przeciw Ariuszowi. Uderzył go w twarz, za co został wtrącony do więzienia. Tu - jak głosi legenda - odwiedzili go Pan Jezus i Matka Boża - umacniając w walce z herezjami.

Jak pisze ks. Wincenty Zaleski SDB w „Świętych na każdy dzień”, przez wiele lat św. Mikołaj był jednym z najbardziej znanych i czczonych w Kościele świętych. Ciało Świętego zostało pochowane w Myrze, gdzie przetrwało do 1087 roku. 9 maja tego roku zostało przewiezione do włoskiego Bari (dziś Święty jest głównym patronem miasta). 29 września 1089 r. papież Urban II uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci. Tu właśnie przy grobie św. Mikołaja odbył się w roku 1098 synod, który miał za celu połączenie Kościołów Wschodniego i Zachodniego.

W Bari znajduje się dokument z XII wieku, opisujący dokładnie dzieje sprowadzenia relikwii Świętego. W Myrze byli już wówczas Turcy. Przebywający niedaleko kupcy z Bari wpadli na pomysł wykradzenia relikwii. Pomysł się powiódł, ale do dziś dwa narody, przez które Mikołaj otaczany jest największym kultem - Grecy i Rosjanie - mają co do tego faktu odmienne opinie. Dla Greków było to świętokradztwo, dla Rosjan - wypełnienie Bożego zamiaru.

Obecna bazylika św. Mikołaja w Bari pochodzi z XII wieku. Krypta tejże bazyliki kryje grób Świętego z jego obrazem, który jest uważany za łaskami słynący. Z kości Świętego nieustannie wydobywa się czysta chemicznie i bakteriologicznie woda, zwana „manną”. Co roku 9 maja (kiedy świętuje się pamiątkę sprowadzenia jego relikwii) w obecności wiernych otwierany jest sarkofag i przez specjalne okienko pobiera się dwie, trzy szklanki płynu, rozlewając następnie po kropli do buteleczek z wodą święconą.

Dwa razy w roku Bari urządza uroczystość ku czci św. Mikołaja: 9 maja i 6 grudnia. Podczas uroczystości majowej odtwarza się pamiątkę sprowadzenia relikwii. Największy i najpiękniej przystrojony statek wiezie złoconą, dwumetrową figurę Świętego w asyście mnóstwa statków, stateczków i łodzi z Włoch, a także Grecji, krajów byłej Jugosławii i Albanii. Następnie obwozi się ją po mieście w przygotowanym powozie.

Aż do dziś Mikołaj uważany jest za wielkiego orędownika zarówno Kościoła Wschodniego, jak i Zachodniego - stąd tak wiele jego wizerunków zarówno w prawosławnych cerkwiach, jak i zachodnich świątyniach. Do Bari pielgrzymowali zostawiając tu swe dary carowie rosyjscy i władcy zachodnioeuropejscy.

Św. Mikołaj jest patronem całej Rusi. W rosyjskich wsiach niejednokrotnie - nazywany św. Mikołajem Cudotwórcą - był utożsamiany z samym Panem Bogiem. Jego wizerunek był rozpowszechniony niemal na całym terytorium byłego imperium rosyjskiego. W dłonie prawosławnych zmarłych wkładano list do Świętego, zaświadczający, że zmarły jest chrześcijaninem.
Na obrazach występuje przeważnie w stroju biskupim, otoczony scenami cudów, jakie wydarzyły się za jego pośrednictwem. Nierzadko towarzyszą mu wizerunki trojga ocalonych przez niego dzieci w cebrzyku, trzech panien trzymających podarowane im kule ze złota czy też okrętów i marynarzy. Był wzywany we wszystkich naglących potrzebach - stąd chyba tak liczna grupa stanów i profesji, którym patronuje.

Św. Mikołaj dzisiaj

Nie przestaje być jednym z najpopularniejszych Świętych, chociaż postać tę wypaczono, robiąc z niej zabawnego, dobrotliwego staruszka. Dobrze przynajmniej, że coraz rzadziej straszy się dzieci rózgami, które ponoć przynosi niegrzecznym zamiast prezentu...

Z jednej strony 6 grudnia towarzyszy nam krzycząca kolorami i dzwoneczkami komercja, z drugiej - na szczęście - tajemniczość i zagadkowość, która kryje nierzadko zaskakujące bezinteresowne obdarowywanie. W Internecie trwają trochę infantylne dyskusje na temat, czy św. Mikołaj istnieje, czy też nie. „Nie chcecie, to nie wierzcie, zostawcie tę przyjemność innym” - napisała jedna z internautek.

 

30 listopada o 16:17 • Źródło: https://www.facebook.com/

Do siedzącego przy śniadaniu w szpitalnej stołówce Centrum Onkologii zamyślonego księdza podszedł mocno wychudzony chłopak w kraciastej piżamie ze swoim skromnym posiłkiem na tacy:
- Można się do księdza dosiąść?
- Jasne - przytaknął jakby nadal nieobecny facet w koloratce.
- Ksiądz tutaj to do kogoś, czy ze sobą? - kontynuował pytania chłopak.
- Ze sobą, ale to początek drogi - odpowiedział ksiądz wciągając się w rozmowę - Z lekarzem już wiemy, że jest, ale nie wiemy z jakiej grupy i w jakim stopniu rozwoju.
- Ksiądz się nie martwi - uśmiechnął się chłopak - Niech ksiądz żyje najzwyczajniej normalnie jak dotąd.
- A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? - zwrócił się z badawczym wzrokiem ksiądz, który był pewien, że siedzący przed nim łysy młodzieniec przypominający bardziej cień człowieka o niemal trupim wyglądzie skóry musi być onkologicznym pacjentem dość długo.
- Niech ksiądz pyta. Powiem jak na spowiedzi - roześmiał się chłopak.
Ksiądz dość niepewnie jakby wiedział, że o pewne rzeczy nie wypada wypytywać mimo wszystko zapytał przyciszonym głosem:
- Jesteś młody, bardzo młody i tak bardzo chory. Nie masz o to żalu? Żalu do Boga? Żalu do świata? Żalu do losu?.
- Proszę Księdza, mam obecnie 21 lat i choruję na raka od 16 roku życia - zaczął odpowiadać młodzieniec, jakby przygotowany na to pytanie - I nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.
Jak miałem 14 lat mój tata wyprowadził się do młodszej kobietki niż mama. Moje gimnazjum – szkoda gadać – myślałem, że tak mało zgranej społeczności szkolnej nie ma na świecie. A ja? Wypieszczony jedynak. Spadochroniarz z podstawówki. Taki typowy gnojek bez ambicji, bez chęci do nauki i bez chęci do pobożnego życia. Właściwie bez chęci do normalnego życia. Proszę mi wierzyć księże, że mimo bierzmowania wcale mi też nie było z Panem Bogiem po drodze.
I przyszła zmiana.
Kiedy zachorowałem rodzice umówili się, że będą mnie odwiedzać w klinice naprzemiennie, aby nawet się nie spotkać na szpitalnym korytarzu, ale ekonomia wzięła górę i tata zaproponował, że skoro codziennie do mnie przyjeżdża, to może zabierać matkę po drodze. Po jednym z powrotów ode mnie tata wysadzając mamę pod blokiem zapytał czy może wrócić. Wrócił I tak już zostało. Po roku urodził mi się braciszek, a lekarz zgodził się na przepustkę, abym został chrzestnym. Wiem, że nie zdążę założyć własnej rodziny, ale mam już dzieciaka jak swojego i do tego brata! I mogę się cieszyć z jego rozwoju, śledzić jak rośnie i jakie robi postępy. I jestem przekonany, że jak mnie już nie będzie, to będzie komu jeździć na mojej deskorolce, a rodzice na starość nie zostaną sami.
A w gimnazjum z powodu mojej choroby najpierw zintegrowała się moja klasa, a wkrótce cała szkoła... Bal charytatywny jeden, drugi... Rozgrywki sportowe... Aukcje przedmiotów i autografów jakiś sławnych ludzi, którzy pewnie mnie nie znają... Mi już żadna kasa nic nie pomoże, a oni tak się rozkręcili, że chcą dalej wspólnie działać.
Proszę księdza - zawsze chciałem mieć tatuaż na łydce, ale matka twierdziła, że to gadżet kryminalistów. I niech Ksiądz spojrzy jaka plecionka. Gdybym nie zachorował mógłbym sobie ją z głowy wybić młotkiem.
I chyba najważniejsze: uważam, że jest ogromnym przywilejem wiedzieć, że miesiące, tygodnie i dni się kończą. I w pewnym momencie okazało się, że jestem taki uprzywilejowany, że już nic nie da się zrobić.
Po pierwsze - swoje dni przestałem marnować na głupoty, na kłótnie, na uprzykrzanie życia innym. W miarę możliwości naprawiłem wyrządzone szkody i napisałem kilka listów do ludzi, których skrzywdziłem – w tym do mojej wychowawczyni.
Po drugie - rozdysponowałem też swoje rzeczy i nagrałem komórką kilka godzin monologu z myślą o moim braciszku. Jestem też przygotowany na spotkanie z Bogiem odnawiając życie sakramentalne i zaprzyjaźniając się z Matką Bożą przez codzienny różaniec póki sił mi starczy.
Proszę księdza – aż trudno w to uwierzyć, ale ten mój nowotwór przyniósł w życiu tyle dobra. Nie trzeba bać się śmierci. Trzeba bać się zmarnować swoje życie.
.
.
* Michał zmarł w niespełna 4 miesiące po naszej rozmowie - w Święto Matki Bożej Różańcowej - 7 października.

 

ks. Robert Skrzypczak dodane 05.12.2018 08:00 źródło: https://biblia.wiara.pl/

Treść najważniejszej Nowiny, jaką Bóg ma dla ludzkości, zawiera pewien paradoks: Bóg uwielbił Tego – głosi apostoł Piotr w Jerozolimie – którego wyście odrzucili.
 
Każde złe słowo jest raną na Moim Sercu
Zaszła zatem pomyłka. Tak, jakby ktoś wyrzucił na śmietnik lekarstwo ratujące życie albo kupon przynoszący wysoką wygraną w totolotka. Okazuje się, że pomyłka ta zawładnęła ludzkimi sercami i wciąż powraca, aby nas oszukiwać. „Wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić” – głosi Piotr.
Piotr stawia diagnozę: „Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy”. Jakże temu odpowiada dzisiejszy klimat bezinteresownej nieżyczliwości, w którym żyjemy. Wystarczy mała iskierka i dochodzi do awantury. Staliśmy się cywilizacją żółci, w której za szczyt społecznej sprawności uznawany jest cios prewencyjny, przejawem zaś wyrafinowanej inteligencji złośliwa riposta. I mimo że wszystkim w tym żyje się źle, wszyscy do tego przywykamy. Cywilizacja żółci wymyśliła wiele metod reagowania na zło: donieś policji na męża, zadzwoń przeciw rodzicom na niebieski telefon, podaj lekarza do sądu, obrzuć duchownych błotem pedofilii, aż przestaną się wypowiadać w sprawach aborcji i pigułki. „Wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy”. Gdzie on przebywał? W jakim więzieniu? Twego serca i twoich myśli: „Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego” (1 J 3,15).
Ale jest wyjście, Dobra Nowina: „Bóg wskrzesił z martwych Jezusa, czego my jesteśmy świadkami”. Tego Jezusa, którego się wyparliśmy za każdym razem, gdy daliśmy się przekonać, że nie warto zbytnio innym ufać, nie należy kochać, nie opłaca się przebaczać. Bóg przygotował światu antybiotyk. Dobrowolną ofiarę Boskiego Baranka. Lecz za Barankiem idą owieczki, nie wilki. Kto jest gotów uwierzyć temu ogołoconemu Biedakowi z rękami przybitymi do krzyża w geście otwarcia? „Pokutujcie więc i nawróćcie się”.
Ksiądz Dolindo na jednym ze zrobionych przez siebie krucyfiksów umieścił napis: „Nie bądź porywczy, szanuj każdego człowieka, nie przeklinaj, nie mów brzydkich słów, które zadają rany, kochaj pokój. Każde złe słowo jest raną na Moim Sercu!”.

 

AGNIESZKA HUF Różaniec 12/2018 dodane 05.12.2018 11:41 źródło: https://prasa.wiara.pl/

Migające girlandy światełek. Choinki i mikołaje wyłaniający się zza każdego rogu. Dźwięki kolęd w radiu, telewizji, a nawet na poczcie. I te niekończące się kolejki, przypominające epokę słusznie minioną. Czy święta Bożego Narodzenia muszą kojarzyć się wyłącznie z komercją?

Pierwsi chrześcijanie nie obchodzili Bożego Narodzenia jako osobnego święta – pojawiło się ono w kalendarzu liturgicznym dopiero około III-IV w. Przez wieki obrastało w liczne tradycje: już w XV w. w Londynie przyozdabiano domy, mniej więcej w tym samym czasie w Alzacji zaczęto stawiać przystrojone choinki. A kiedy pod koniec XIX w. powstawały pierwsze domy handlowe, ich właściciele odkryli, że święta mogą stać się świetną okazją do zakupów. Zaczęto więc stroić sklepy, produkować specjalne, „świąteczne” linie produktów, pomiędzy stoiskami chóry śpiewały kolędy, a mikołaje rozdawali upominki.
Dziś trudno nam już sobie wyobrazić święta bez komercyjnej otoczki, która wybucha zwykle już na początku listopada, kiedy tylko ze sklepowych półek znikną znicze. Cel handlowców jest prosty: sprzedać jak najwięcej. I trzeba przyznać, że osiągają go z sukcesem – według danych
portalu forbes.pl sprzedaż detaliczna w grudniu jest o 20 procent większa od listopadowej. Coraz częściej można jednak spotkać ludzi, którzy mówią NIE wszechobecnej komercji, a w święta starają się przede wszystkim budować relacje z najbliższymi.

Pierniczkotwórcy
Na początek można zacząć od czegoś prostego – choćby pieczenia pierniczków. Marta i Dawid Piotrowscy z Krakowa zrobili z tego prawdziwe świętowanie w gronie rodziny i znajomych. Przez pół dnia wśród śmiechu i rozmów wykrawają, pieką, zdobią i przygotowują słodkości. Potem każdy „pierniczkotwórca” zabiera ze sobą do domu swój przydział, wykorzystując pierniczki nie tylko do jedzenia, ale i do ozdobienia choinki.

Kalendarz adwentowy
Przy odrobinie wysiłku przynajmniej dzieci można uchronić przed handlowym szaleństwem
– twierdzą Kasia i Andrzej Różyccy z Rybnika, rodzice 3-letniej Hani,7-letniej Marysi i 11-letniego Krzysia. W ich domu nie ma telewizora, a w przedświątecznych tygodniach starają się nie zabierać pociech do supermarketów. Za to Adwent wykorzystują, aby jak najlepiej przygotować się do świętowania narodzenia Jezusa. Z pomocą przychodzi im… patyk, przywieziony z wakacji nad morzem. Na tym patyku Kasia rozwiesza woreczki z ukrytymi zadaniami i smakołykami do zdobycia – tak powstaje nietypowy kalendarz adwentowy. Zadania mogą być przeróżne – dzieci starają się zrobić komuś dobry uczynek – ale tak, aby zainteresowany o tym nie wiedział! – czytają fragment Pisma Świętego czy odświętnie nakrywają niedzielny stół. Zdarza się, że Marysia i Krzyś mają pościelić sobie nawzajem łóżka czy wyczyścić buty – a te po codziennych wyprawach na roraty bywają mocno ubłocone! Zresztą roraty to nieodłączna część świątecznych przygotowań. Dzieciaki bez problemu wstają o 6.00, a potem idą z mamą ciemnymi uliczkami, rozświetlając sobie drogę lampionami. Samochodem byłoby prościej i szybciej, ale nie o czas tu chodzi – poranny spacer jest dla całej trójki wielkim przeżyciem.

Rozmowy, rozmowy…
Ola i Janusz Kotulscy z niewielkich Rydułtów na Górnym Śląsku są rodzicami czworga dzieci – najstarszy z gromadki właśnie osiągnął pełnoletność, najmłodszy jest przedszkolakiem. Dla nich święta to przede wszystkim czas spędzony na spotkaniach z rodziną. Po wieczerzy przychodzi czas na prezenty – najpierw te tradycyjne, kupione w sklepie. Ale nie one są najbardziej oczekiwanym punktem wieczoru! Od kilku lat w rodzinie Kotulskich furorę robią „vouchery” na wspólne wyjścia jednego z dzieci z rodzicami.
– Już samo zastanawianie się, jaka atrakcja najbardziej ucieszy każde z dzieci, to dla nas ogromna radość – opowiada Ola. Najstarszy syn w kopercie może znaleźć na przykład wyjście do restauracji plus kino, nastoletnią córkę ucieszy wyprawa do banku w celu założenia własnego konta, a później kolacja i kino, młodsze dzieci chętnie wybiorą się z rodzicami do parku trampolin czy zabytkowej kopalni – wszystko w zestawie z nieodłącznymi lodami. Co jest najważniejsze w tych prezentach?
– Rozmowy, rozmowy… Tylko z jednym dzieckiem, dla którego mamy dużo czasu i nikt inny nie woła zza ucha – mówi Ola. – W ubiegłym roku z czteroletnim wówczas Tobiaszem byliśmy w sali zabaw, w której mogą bawić się też dorośli, brodziliśmy więc w kulkach na czworakach. Ale to była radość! – wspomina z uśmiechem. Co ważne, dzieci mają dużo cierpliwości przy realizacji prezentu i nie pospieszają rodziców. Wiedzą, że na wspólnie spędzony dzień warto poczekać.

Fani orzeszków
Czasami nie trzeba wiele, aby do świąt dodać element scalający rodzinę, i to bez wydawania wielkich pieniędzy. Dominika i Łukasz Czuprysiowie z Radzionkowa są wielkimi fanami… orzeszków pistacjowych. Niestety, ich ulubiona przekąska jest dosyć droga, rzadko więc gości na ich stole, za to świetnie sprawdza się jako świąteczny rarytas. Dla nich to nie tylko smakołyk, na
który czekają z utęsknieniem, ale drobiazg, który stał się rodzinnym rytuałem i sprawia, że święta są bardziej „ich”, są niepowtarzalne.
***
Kalendarz, pierniczkowa impreza, voucher na prezent czy pistacje – te i inne sposoby pomagają wyrwać się z zakupowej karuzeli. A wszystko to w jednym celu – aby nie zapomnieć, że sensem tych świąt jest Bóg przychodzący do człowieka. A zza stosu sprawunków można Go nie zauważyć…

Zrób to sam
Pomysł na własnoręcznie przygotowany prezent, który nie wymaga wielkich zdolności artystycznych!

Słoik dobrych słów
Do jego wykonania potrzebować będziemy ozdobnego słoika (który można dodatkowo udekorować rafią, wstążką czy małymi bombkami) oraz wielu małych karteczek – co najmniej 30, aby starczyło na każdy dzień miesiąca. Na tych karteczkach piszemy…
i tu pomysły mogą być przeróżne. Świetnie sprawdzają się wersety z Pisma Świętego lub myśli świętych. Pasjonatę gór na pewno ucieszą myśli wielkich ludzi o górach, a młodą mamę – słowa o macierzyństwie. Ale można też postarać się, aby prezent nabrał unikalnego, osobistego charakteru i na kartkach napisać, za co jesteśmy wdzięczni obdarowanej osobie. A może dla współmałżonka każdą karteczkę rozpocząć od słów: „Kocham w Tobie…”? Taki prezent na pewno ucieszy bardziej niż kolejny gadżet ze sklepu, a dobre słowa wyciągane ze słoika

 

ks. Tomasz Horak dodane 01.12.2018 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/
Historia nauczyła nas zbyt wiele.

Czy trzeba przypominać Katarzynę II? Właściwie była to Zofia Fryderyka Augusta księżniczka zu Anhalt-Zerbst-Dornburg, ur. w roku 1729 w mieście zwanym wówczas Stettin, dziś Szczecin. Żona wielkiego księcia, później cesarza rosyjskiego Piotra III, a po dokonaniu zamachu stanu samodzielna cesarzowa Rosji w latach 1762-1796.
My raczej carycą ją zwiemy, często zapominając, że nie Rosjanką była, a Niemką z Anhaltu. Jej portret zawisł w gabinecie świeżo kreowanej kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Był rok 2005. Nie wiem, czy jest tam do dziś. A jeśli nawet nie, to i tak deklaracja została złożona.
Zofia Fryderyka czyli Katarzyna II rządziła Rosją żelazną ręką. Angelę Merkel kanclerz Kohl już wcześniej nazywał „das Mädchen” czyli „dziewczynka”. Mówiono o niej nawet „Żelazna Dziewczynka”.
Nie wiem, czy można pochodzenie obu pań nazwać podobnym oraz czy jednakowe były ich polityczne cele i metody. Niemniej jednak jakieś zbieżności istnieją. I nasze, polskie skojarzenia także. Niemiłe skojarzenia.
Gdy pierwszy raz wjeżdżałem na terytorium Niemiec, dawno temu to było, uderzyła mnie owalna tablica z herbem i napisem „Freistaat Bayern - Wolne Państwo Bawaria”. Nie tylko Bawaria takim tytułem się szczyci. Wychowany i myślący "demoludowo" - byłem zdziwiony.
Państwo to Niemcy - myślałem, a Bawaria to niemiecka kraina. Później zrozumiałem więcej. A tak całkiem dobitnie pojąłem w rozmowie z młodym podówczas księdzem z Bawarii. Pytam go: Jesteś Niemcem? „Jestem Bawarczykiem”. Nie słyszysz, o co pytam? Czy jesteś Niemcem? Machnął ręką, jakby opędzał się od natrętnej muchy, i powiedział: „Noo... też”.
Co zrozumiałem? Otóż to, że zakorzenieni w swój kraj, który zwą „Heimat” (Czesi mówią „domov”), co oznacza kraj rodzinnego domu, utożsamiają się z tą większą czy mniejszą krainą. Z jej krajobrazem, lokalną mową, zwyczajami, świętami, patronami, zapachem łąk i lasów, smakiem swojskiego piwa i wina...
W Polsce nie jest to takie silne. Owszem, w jakiejś mierze tak. Podhalańscy Górale to nie Kaszubi, a Ślązacy to nie Kujawiacy. Deklaracja „Polak” silniej wiąże nas niż ma to analogiczne miejsce w Niemczech. Pewnie dlatego (ale nie tylko dlatego) łatwo było pani Merkel powiedzieć to, co powiedziała w poprzednią środę w Berlinie. Cóż takiego? Ni mniej, ni więcej to, że „dziś państwa narodowe muszą, czy raczej powinny, być gotowe do przekazania swojej suwerenności, oczywiście zgodnie z ustaloną procedurą”.
No cóż. Przerabialiśmy to już w latach 1772-1795 z carycą anhalckiego pochodzenia Katarzyną w jednej z głównych ról. Jakiś czas później zaproponowano Polakom królestwo, nazwano je nawet Królestwem Polskim. Nazwa w istocie była historyczną i polityczną drwiną. Suwerenem nie był wszak naród Polski, a car moskiewski w roli króla... A suwerenność nam zabrano już w roku 1772. Dlatego, gdy słyszę o pomyśle kanclerz Merkel, słabo mi się robi.
Bo komuż to mielibyśmy przekazać swoją suwerenność? Unii Europejskiej? Z kim w roli głównej? Bo chyba nie z Maltą i Estonią? Może raczej z Niemcami i Francją? A może jeszcze z imperium leżącym na drugim końcu gazrurki zatopionej w Bałtyku? Wydaje mi się, że za mały odzew i nieśmiałe są reakcje Rzeczpospolitej i jej obywateli w odpowiedzi na niewczesną wypowiedź Żelaznej Dziewczynki.
Mała to pociecha, że dziewczynka już zbiera swoje lalki, by wrócić z nimi do domu, jako że nie wszyscy chcą się z nią bawić. Pomysł został publicznie ogłoszony i można się spodziewać, że będzie dojrzewał w umysłach różnych ludzi. Powinni wiedzieć przynajmniej tyle, że nie przystaniemy na te propozycje.
Historia nauczyła nas zbyt wiele.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00