Czytelnia

Ks. Tomasz Horak dodane 09.02.2019 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

Festiwal igrania kłamstwa z prawdą i półprawdami zawsze kogoś skrzywdzi.

Zdawać się mogło, i to całkiem niedawno, że Polska trochę ochłonęła. Impulsem do tego mógł być śmiertelny zamach na prezydenta Gdańska. Komentarze dobiegające z różnych stron pozwalały żywić taką nadzieję.
Przyznam, że moja nadzieja była nikła. Nie formułowałem żadnych wniosków, tym mniej komentarzy. Dlaczego? Przeczucie? Nie nazwałbym tak owego zawieszenia sądu. Za długo żyję, aby tak raz-dwa ferować jakiekolwiek wyroki.
I co? Smutno mi, że te moje ostrożne przeczucia okazują się prawdziwe. Weźmy ostatnią zadymę pod gmachem TVP. Z chwilą pierwszych doniesień na ten temat wszystko zdawało się jasne. Aliści niebawem przyszły kolejne wieści, reakcje różnych ludzi zaangażowanych po różnych politycznych stronach.
Nie byłem tam - nie mogę więc komentować samego wydarzenia, co najwyżej jego odbiór przez tak zwanego „przeciętnego Kowalskiego”. A ten pyta, czy zadyma była, czy to co było, nie było zadymą? Pani Ogórek trzęsła się ze strachu czy się śmiała? Naklejki były okropne treściowo i „klejowo”, czy były nieszkodliwe? Czy używana wersja języka nie była przypadkiem mową nienawiści? A może w ogóle nie działo się nic wielkiego? Ten czy inny polityk był przeciwny takiej formie protestu (przeciw czemu czy komu...), czy w końcu poparł sprawę? Policja zachowała się podejrzanie obojętnie czy była twarda?
Zatem pytam nie o samą sprawę, ale o wywołaną incydentem zadymę medialną, więcej - zadymę polityczną. Ktoś kłamie? Kto i w którą stronę? Komu zależy na wywołaniu w świadomości owego „przeciętnego Kowalskiego” nierozstrzygalnego zamętu. Wcale się nie zdziwię, gdy w komentarzach przeczytam, że jestem niezorientowany, a było to bardzo proste i działo się tak... Trudno, przyjmę pouczenie, ale i tak nie będę przekonany. Podejrzewam, że właśnie o to chodziło - namieszać ludziom w głowach, ¬by wszyscy byli przeciwko wszystkim. I pachnie mi tu bynajmniej nie modną ostatnio naftaliną, ale siarką i smołą, i gdzieś miga mi czerwony jęzor tego, którego Jezus nazwał kłamcą i ojcem kłamstwa.
Proste kłamstwa polegające na nazwaniu białego czarnym, i wykręcaniu się słowami „to on rozbił talerzyk” ojciec kłamstwa zostawił dzieciom z przedszkola. On zaś mąci przez swoich ludzi tak, że w nieogarnionym galimatiasie sprzecznych, niedopowiedzianych, prawdziwych, odwoływanych, od środka zaczynanych wiadomości, wypowiedzi, relacji ginie prawda.
Jak mała rybka, która choć pływać potrafi, przez wielki wodospad została porwana. Gdzieś tam owa rybka jest, ale czy coś znaczy?
Taki festiwal igrania kłamstwa z prawdą i półprawdami zawsze kogoś skrzywdzi. Bez wątpienia i pani Ogórek tak się czuje. Ale, zauważ, jeśli diabła uważamy za głównego scenarzystę i reżysera takich festiwali, to trzeba powiedzieć, że to jest kolejny jego zamysł - skrzywdzić, stłamsić, zniszczyć jak najwięcej osób. No i przecież w tej kategorii mieszczą się także ci, którzy pod gmachem TVP aktywną rolę grali. A diabeł stoi z boku i na nosie fujarkę robi, swoją melodyjkę wygrywając. Przypuszczam, że ci sami ludzie jeszcze nieraz dadzą się w butelkę nabić. Kiedyś ta diabelska butelka pęknie i ich pokaleczy. Bo w wojnie łgarstwa wygrywa tylko odwieczny kłamca.
A on już przygotował kolejną porcję swoich pomysłów! Opadłe i dawno już zwiędłe liście okrzyknięto wiosną. Nie wszyscy w to uwierzą, ale kolejny festiwal kłamstwa już się zaczął. Trudna jest droga odbudowy Polski i jej majestatu w otoczeniu błaznów i przebierańców.

 

Joanna M. Kociszewska dodane 12.02.2019 10:00 źródło: https://info.wiara.pl/

Choroba przewlekła to bardzo wiele bardzo trudnych problemów. To naszym zadaniem - ludzi wokół - jest sprawić, by dotknięta chorobą rodzina nie była sama.

Z inicjatywy ośmiu organizacji zrzeszających pacjentów w tym roku będziemy w Polsce po raz pierwszy obchodzić Ogólnopolski Dzień Opiekuna. Celem jest zwrócenie uwagi także na ich potrzeby i podziękowanie za udzielane chorym wsparcie.
To bardzo ważna inicjatywa. W Polsce opiekę chorym zapewniają zazwyczaj rodziny. To najbliżsi zmagają się z problemami, jakie generuje przewlekła choroba. Konieczność opieki nad osobą przewlekle chorą, leżącą, wymagającą pielęgnacji albo całodobowej opieki to zadanie bardzo obciążające i całkowicie zmieniające życie człowieka, który chce towarzyszyć bliskiej osobie w jej chorobie.
To bardzo trudne doświadczenie często umyka uwadze innych ludzi. Wydaje się często, że to naturalne, tak powinno być, to obowiązek... Tymczasem często potrzebna byłaby pomoc, choćby umożliwiająca opiekunowi wyjście z domu. Potrzebne byłyby placówki, zapewniające tzw. opiekę wytchnieniową: chodzi o to, by opiekun także mógł odpocząć, wyjechać do sanatorium czy... pójść do szpitala. Często są to przecież małżonkowie osób chorych – ludzie zdecydowanie niemłodzi i niekoniecznie zdrowi.
Pomoc opiekunowi to ostatecznie także pomoc choremu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy jest on świadomy, jak wielkim obciążeniem jest dla rodziny. I nie chodzi o to, że ktoś mu to wypomina. To widać na każdym kroku. Nie jest łatwo pogodzić się z taką sytuacją, nawet jeśli nic nie można na to poradzić. Nikt z nas nie chciałby przecież zdemolować życia i planów kochanej osobie...
Trzeba mieć to w pamięci. To naszym zadaniem - ludzi wokół - jest sprawić, by dotknięta chorobą rodzina nie była sama. Choroba przewlekła to bardzo wiele bardzo trudnych problemów. Warto się rozejrzeć. Warto spróbować wyobrazić sobie siebie w konkretnej sytuacji: chorego czy opiekuna. Czego byśmy na ich miejscu potrzebowali? Warto zapytać, jak można pomóc...
W czasie odbywającego się właśnie XIII Forum Organizacji Pacjentów przedstawiono raport “Godność w chorobie przewlekłej”. Wynika z niego, że dla pacjentów przewidywana utrata kontroli nad własnym ciałem, związana z tym całkowita zależność od innych i poczucie utraty godności może być subiektywnie gorsza niż śmierć. To bardzo ważne przypomnienie. Człowiek chory nie przestaje być człowiekiem. Chce rozumieć, co się z nim dzieje. Chce móc podejmować dotyczące siebie decyzje. Jeśli może zachować choć śladową samodzielność, trzeba zrobić wszystko, by było to możliwe. Nawet jeśli łatwiej i szybciej będzie, jeśli zrobimy to sami. Ma w końcu prawo do intymności. W każdym wymiarze.
Zależność jest trudna. Każdy z nas wolałby tu chyba raczej dawać, nie brać. Może być doświadczeniem miłości albo śmierci. To zależy od nas.
Na koniec chciałabym przywołać słowa papieża Franciszka z tegorocznego Orędzia:
Każdy człowiek jest biedny, potrzebujący i ubogi. Kiedy rodzimy się, aby żyć, potrzebujemy opieki naszych rodziców. Stąd w żadnej fazie i na żadnym etapie życia nikt z nas nie jest w stanie całkowicie uwolnić się od potrzeby i pomocy innych, nie jest też nigdy w stanie przezwyciężyć granicy bezsilności przed kimś lub przed czymś. To jest ten stan, który charakteryzuje nasze bycie „stworzeniami”. Uczciwe uznanie tej prawdy zachęca nas do pozostawania pokornymi i do praktykowania z odwagą solidarności jako cnoty nieodzownej dla istnienia.
Każdy człowiek jest biedny, potrzebujący i ubogi. Nie ma samowystarczalnych.

 

KAI | dodane 13.02.2019 11:17 źródło: https://papiez.wiara.pl/

„W dialogu z Bogiem nie ma miejsca na indywidualizm. Nie ma afiszowania się swoimi problemami, jakbyśmy byli jedynymi cierpiącymi na świecie - wyjaśniał Franciszek w swojej katechezie podczas audiencji ogólnej.

Nie zapominajmy o tym, że tekście „Ojcze nasz” brakuje słowa „ja”
Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!
Kontynuujemy nasze starania, by coraz lepiej nauczyć się modlić, tak jak nas nauczył Pan Jezus.
Powiedział On: kiedy się modlisz, wejdź w ciszę twego pokoju, wycofaj się ze świata i zwróć się ku Bogu, nazywając go „Ojcem!”. Jezus chce, żeby jego uczniowie nie byli jak obłudnicy, którzy modlą się wystając na placach, chcąc być podziwianymi przez ludzi (por. Mt 6,5). Jezus nie chce hipokryzji. Prawdziwa modlitwa to taka, która odbywa się w tajemnicy sumienia, w sercu, nieprzenikniona, widzialna tylko dla Boga: ja i Bóg. Brzydzi się fałszem: nie można udawać wobec Boga. W obliczu Boga nie ma oszustwa, które mogło być mieć jakąś władzę. Bóg zna nas takimi odkrytymi w naszym sumieniu i fałsz nie jest możliwy. U podstaw relacji człowieka z Bogiem tkwi milczący dialog, jak wymiana spojrzeń między dwojgiem osób, które się miłują: człowiekiem a Bogiem. I ta wymiana spojrzeń jest modlitwą: spoglądanie na Boga i pozwolenie, by Bóg na nas patrzył. „Ależ Ojcze, ja nie wypowiadam słów!”. – Patrz na Boga i pozwól, by On patrzył na ciebie. To już jest modlitwa i to piękna modlitwa!
Pomimo że modlitwa ucznia jest całkowicie poufna, nigdy nie popada w ukazywanie przeżyć wewnętrznych. W tajemnicy swego sumienia chrześcijanin nie pozostawia świata za drzwiami swojego pokoju, ale niesie w swoim sercu ludzi i sytuacje, problemy, wiele spraw, wszystkie je niesie w modlitwie.
W tekście „Ojcze nasz” jest pewien niesamowity brak. Gdybym was zapytał co to za niesamowity brak w tekście „Ojcze nasz” , odpowiedź nie byłaby łatwa. Brakuje jednego słowa, a wszyscy myślą, czegoż to tak brakuje w tekście „Ojcze nasz”? Słowa, które w naszych czasach - ale być może zawsze - jest bardzo cenione. Cóż to za brakujące słowo w odmawianym codziennie „Ojcze nasz”? By nie marnować czasu odpowiem: brakuje słowa „ja”. Jezus uczy nas, byśmy się modlili mając na ustach przede wszystkim „Ty”, ponieważ modlitwa chrześcijańska jest dialogiem: „Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja”. A nie moje królestwo, moje imię, moja wola. A potem przechodzi do „my”. Cała druga część „Ojcze Nasz” jest wyrażona w pierwszej osobie liczby mnogiej: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, nie wódź nas na pokuszenie; ale nas zbaw od złego”. Nawet najbardziej podstawowe ludzkie prośby – jak ta, by mieć pożywienie dla zaspokojenia głodu - wszystkie są w liczbie mnogiej. W modlitwie chrześcijańskiej nikt nie prosi o chleb dla siebie: daj mi chleba na dzisiaj – nie daj nam, błaga go dla wszystkich ubogich na świecie. Nie zapominajmy o tym, że tekście „Ojcze nasz” brakuje słowa „ja”. Modlimy się używając „Ty” i „my”. Dobre nauczanie Jezusa. Nie zapominajmy go.
Dlaczego? Bo w dialogu z Bogiem nie ma miejsca na indywidualizm. Nie ma afiszowania się swoimi problemami, jakbyśmy byli jedynymi cierpiącymi na świecie. Nie ma modlitwy wznoszonej do Boga, która nie byłaby modlitwą wspólnoty braci i sióstr, „my”. Jesteśmy wspólnotą, braćmi i siostrami, jesteśmy modlącym się ludem, „my”.
Kiedyś pewien kapelan więzienia zadał mi pytanie: „Powiedz mi Ojcze, które słowo jest przeciwieństwem «ja»?”. Naiwnie powiedziałem „ty”. Od tego zaczyna się wojna. Słowem przeciwnym „ja” jest „my” – gdzie jest pokój, wszyscy jesteśmy razem. To piękna nauka, jaką otrzymałem od tego księdza.
W modlitwie chrześcijanin niesie wszystkie trudności osób żyjących obok: gdy zapada noc, opowiada Bogu o cierpieniach jakie napotkał tego dnia; przedkłada Jemu wiele twarzy, przyjaznych, a nawet wrogich; nie odpędza ich jako niebezpiecznych rozproszeń. Jeśli ktoś nie zauważył, że wokół niego jest wielu ludzi cierpiących, jeśli nie wzruszy się z powodu łez osób ubogich, jeśli przyzwyczaił się do wszystkiego, to znaczy, że jego serce jest - jakie – leniwe? Nie gorzej - z kamienia. W tym przypadku dobrze jest błagać Pana, aby dotknął nas swoim Duchem i wzruszył nasze serce. To piękna modlitwa. „Panie porusz moje serce, by mogło zrozumieć, wziąć na siebie wszystkie problemy, wszystkie cierpienia innych osób. Chrystus nie przeszedł obojętnie obok nieszczęść świata: za każdym razem, gdy dostrzegał samotność, cierpienie ciała lub ducha odczuwał silne współczucie, jak wnętrze matki. To „odczuwanie współczucia” jest jednym z kluczowych słów Ewangelii – nie zapominajmy tego tak bardzo chrześcijańskiego słowa: to właśnie ono pobudziło Miłosiernego Samarytanina by podejść do człowieka poranionego na skraju drogi, w przeciwieństwie do innych, którzy mieli serce twarde.
Możemy zadać sobie pytanie: czy modląc się, otwieram się na krzyk wielu osób bliskich i dalekich? Czy może myślę o modlitwie jako o swego rodzaju znieczuleniu, żeby się uspokoić? W takim przypadku stałbym się ofiarą strasznego nieporozumienia. Oczywiście moja modlitwa nie byłaby już modlitwą chrześcijańską. Ponieważ to „my”, którego nauczył nas Jezus, nie pozwala mi zaznawać pokoju samotnie i sprawia, że czuję się odpowiedzialny za moich braci i siostry.
Są ludzie, którzy najwyraźniej nie szukają Boga, ale Pan Jezus sprawia, że modlimy się za nich, ponieważ Bóg szuka tych ludzi ponad wszystko. Jezus nie przyszedł do zdrowych, ale do chorych i grzeszników (por. Łk 5,31) - czyli dla wszystkich, bo kto myśli, że jest zdrowy, to faktycznie nim nie jest. Jeśli działamy na rzecz sprawiedliwości, nie czujmy się lepszymi od innych: Ojciec sprawia, że Jego słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi (por. Mt 5,45) – Ojciec kocha wszystkich. Uczymy się od Boga, który zawsze jest dobry dla wszystkich, w przeciwieństwie do nas, którzy potrafimy być dobrymi tylko wobec niektórych, tylko tych, którzy się nam podobają.

Bracia i siostry,
Święci i grzesznicy, wszyscy jesteśmy braćmi umiłowanymi przez tego samego Ojca. A pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości – jak miłowaliśmy. Nie tylko miłości sentymentalnej, ale współczującej i konkretnej, zgodnie z ewangeliczną zasadą, o której nie wolno zapominać: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Tak mówi Pan. Dziękuję.

 

Agata Puścikowska; GN 3/2019 dodane 14.02.2019 06:00 źródło: https://rodzina.wiara.pl/

I już wiadomo, o co chodzi: gdy dziecko wkracza w wiek kilkunastu lat, świat staje na głowie. Jak nie zwariować?

Bunt nastolatka to naturalny etap w procesie dojrzewania, chociaż niełatwy dla rodziców i trudny dla dziecka. Na szczęście nie trwa wiecznie…
Niby nic w tym nowego: gdy dziecko zaczyna dorastać, z miłego i kochanego dzieciaczka przepoczwarza się w pełną hormonów, zbuntowaną istotę. Poziom tego sprzeciwu bywa różny. Od łagodnego okresu „burzy i naporu”, przez ostrzejsze wyskoki, aż do sytuacji skrajnie trudnych, gdy rodzice załamują ręce i czują się zupełnie bezradni. Jak przetrwać czas trzaskających drzwi z dobrym dla dziecka i rodziców skutkiem? Jakimi zasadami się kierować, by wesprzeć nastolatka w trudnym procesie dojrzewania, a kiedy prosić o pomoc specjalistów? Podpowiadamy.

Początki…
Gdy rodzice maluszków płaczących w nocy, mających kolki albo w okresie buntu dwulatka słyszą: „Małe dzieci – mały kłopot…”, zupełnie w to nie wierzą. Ostatecznie co może być trudniejszego niż nieprzespane noce? Potem, gdy dzieci są kilkuletnie, urocze i kochane, rodzice myślą sobie: „Moje dziecko jako nastolatek będzie równie świetne. Pewnie błędy wychowawcze sprawiły, że syn sąsiadów szaleje”. Czas jednak pędzi. Gdy dziecko wchodzi w nastoletniość, u rodziców pojawia się zaskoczenie i powątpiewanie w kompetencje wychowawcze. Bardzo mocno czas ten uczy pokory. Wielu rodziców dorosłych już nastolatków mówi wprost: czas dojrzewania dziecka był też czasem… dojrzewania rodziców.
„Od 11. urodzin zaczynamy mieć pewne przeczucia, gdy skończy 13 lat, nie mamy już najmniejszych wątpliwości, że nasze dziecko wkroczyło w okres dojrzewania. Obawiamy się trzaskających drzwi, głośnej muzyki, skłonności do brawury. (…) rzeczywistość jednak przerasta nasze najśmielsze oczekiwania – nigdy tak naprawdę nie spodziewamy się tego, co się wydarzy, bo właśnie do tego sprowadza się dorastanie: zaskoczyć rodzica! Tak, dziecko rośnie i szykuje się, aby na dobre nam się wymknąć. (…) Dojrzewanie to okres przejściowy zarówno dla nastolatka, jak i rodzica. Mieliśmy dziecko, później będzie ono dorosłe. A w międzyczasie? To skomplikowane!” – to fragment książki „Już się nie rozumiemy!” Isabelle Filliozat, który dość trafnie definiuje stan, w który wpadają całe rodziny. Bo nastoletni czas córki lub syna dotyka wszystkich: rodzeństwa, rodziców, czasem dalszych krewnych. I mimo że teoretycznie wszyscy wiedzą o buntach, wcale nie jest łatwo podejść do tego czasu w sposób mądry. Przecież wszystko dzieje się pod jednym wspólnym dachem.
– Pamiętam, gdy sama byłam nastolatką, a moi bracia mieli po kilkanaście lat. Trochę wariowali, trochę ja się buntowałam. Jednak czasy były inne – mówi pani Magda, matka 16-letniego Bartka. Chłopak sprawia ostatnio wiele problemów: ma bardzo słabe oceny w szkole, próbuje wagarować. Matka obawia się, że eksperymentuje z alkoholem i trawką. – Nigdy nie sądziłam, że na nas to trafi. Jesteśmy dobrą, kochającą się, pełną rodziną. Jednak mam wrażenie, że współczesne nastolatki żyją w bardzo szybkim świecie, pełnym zasadzek, ryzyka i wielu niebezpieczeństw. Nie przed wszystkimi jesteśmy w stanie cały czas je chronić…
Rodzice mają świadomość, że spoczywa na nich ogromna odpowiedzialność, by wyprowadzić rozwichrzonego potomka na człowieka. Nastolatek tymczasem robi wszystko, żeby zniechęcić rodzica do działań wychowawczych. – Staramy się z mężem dawać Bartkowi poczucie bezpieczeństwa, pomagać, mówić, że może na nas liczyć, ale też pokazywać granice. I napotykamy agresję, mur. Syn nie życzy sobie żadnej ingerencji w skomplikowany proces dorastania – mówi pani Magda.
To sytuacja niby patowa…

W nowym ciele...
Zmiany hormonalne, w budowie ciała oraz w funkcjonowaniu mózgu – z tego powodu dzieje się w głowie, sercu i ciele 15- czy 16-latka!
Janusz Wardak, moderator Akademii Familijnej, ojciec dziesięciorga dzieci: – Jeśli mówimy o buncie nastolatka, to przede wszystkim trzeba przyjąć do wiadomości, że jest to rzecz naturalna. Niekoniecznie musi mieć formy gwałtowne. Nie dziwmy się więc i nie obwiniajmy, że nasze nastoletnie dziecko się buntuje. Warto wiedzieć, że bunt jest zjawiskiem koniecznym. Młodzi robią to, gdy kształtuje się ich wizja świata. Jeśli braknie buntu, dziecko pozostanie osobą niedojrzałą, kopią rodzica. A przecież jest to odrębna osoba.
– Moja córka dobrze się uczy. Ale kontestuje niemal wszystko, w co wierzymy, i podważa nasze wartości – żali się z kolei pani Dorota, matka 15-letniej Aurelii. Jak się okazuje, taka negacja jest normą. – Wiele nastoletnich dzieci odrzuca wartości, w których zostały wychowane – mówi J. Wardak. – Co nie oznacza, że sytuacja ta jest trwała i docelowa. Bywa, że dzieci odrzucają wiarę, nie łączy się to jednak z definitywnym odtrąceniem. Najczęściej po jakimś czasie wracają, na nowo odkrywają wartości, w których zostały wychowane – dodaje.
Ale ponieważ dojrzewanie jest dla dziecka trudne, trzeba mu pomóc przez ten czas przejść. – Nie krytykować, że się zmienia, pyta, podważa. Raczej towarzyszyć, podsuwać mądre książki, razem oglądać dobre filmy. A przede wszystkim rozmawiać – radzi Małgorzata Ostrowska-Królikowska, mama pięciorga dzieci (w tym trojga dorosłych). – Moje doświadczenie jest takie, że w wychowaniu nastolatka najważniejsza jest obecność, akceptacja dziecka (nie zawsze zachowań!), bliska relacja. Nastolatek, nawet jeśli się buntuje, musi czuć rodzicielskie zainteresowanie i miłość. Wtedy są większe szanse, że dziecko łagodniej przejdzie przez ten okres. Poza tym nawet jeśli narozrabia, powinie mu się noga, będzie wiedziało, że ma do kogo i czego wrócić. I wróci.

Nastoletni pasjonat
Wiek nastoletni to z jednej strony czas radykalizowania poglądów, czasem denerwujących sądów lub kontestowania wszystkiego. Ale z drugiej – jest też chęć realizowania siebie w dobrym. Dlatego tak wiele nastolatków szuka dla siebie miejsca w różnego rodzaju wolontariatach. – Nastolatki chcą pomagać, robić coś dobrego dla innych – twierdzi M. Ostrowska-Królikowska. – Chociażby w harcerstwie albo szkolnym kole wolontariackim. To daje im poczucie, że zmieniają świat. Warto je w tym wspierać – dodaje.
Bywa jednak, że rodzice ośmieszają nastolatka, który „chce zbawić świat”. – Spotykam się czasem z sytuacją, gdy dziecku zabrania się pracy w wolontariacie, bo zabiera mu to czas na naukę – opowiada pedagog z jednego z warszawskich liceów. – Rodzice twierdzą, że wolontariat do niczego się nie przyda. Ja natomiast wiem, że braki w edukacji można zawsze wyrównać, ale empatii, harmonijnego rozwoju, którego się uczymy, obcując z potrzebującymi, i życzliwości wobec innych nie da się w dorosłości nauczyć. To inwestycja w dobre dorosłe życie – mówi dydaktyk.
– Należy umożliwić dziecku realizowanie siebie w pracy dla innych. To kształtuje osobowość, daje poczucie własnej wartości, mądrze formuje – uważa J. Wardak.

Zaufać?
Kilkunastolatek, choć doskonale gra w najbardziej skomplikowane gry, często świetnie zna się na fizyce lub zna dwa języki obce, jest… naiwny – wobec otaczającego świata, łatwowierny wobec obcych ludzi, mediów, wpływów rówieśniczych. W tym cały szkopuł, by nauczyć dorastające dziecko, jak bronić się przed kłamstwem i manipulacjami. – Wydaje się, że nauczenie rozsądnego oceniania komunikatów, zaszczepienie pewnego krytycyzmu i zdrowego rozsądku w ocenie świata jest konieczne – tłumaczy J. Wardak. – Chodzi o to, by nastolatek nie podążał za przeróżnymi modami bezrefleksyjnie – dodaje moderator Akademii Familijnej.
– Jeśli będziemy uczyć dzieci myśleć, ponosić konsekwencje decyzji, zadawać pytania, a nie dawać gotowe odpowiedzi, będą one bardziej świadome otaczającego świata. I chociaż wiadomo, że to my pokazujemy, co jest dobre, a co złe, łatwiej będzie dziecku, które jest myślące, niż temu, za które próbują myśleć rodzice – uważa Sławomir, ojciec dwóch nastoletnich synów. – Mój starszy syn niedawno wyszedł z imprezy, na której pojawiły się używki. A w kontaktach z nami nie jest to spolegliwy chłopak. Raczej zawsze o wszystko się wykłóca i ma własne zdanie na każdy temat – opowiada.
Z całkowitym i beztroskim zaufaniem względem wyborów nastolatka należałoby jednak uważać. – Zaufanie? Tak. Ale… kontrolowane. Nie wolno robić tego ostro, agresywnie. Raczej trzeba przyglądać się zachowaniom, stawiać granice i wymagać ich respektowania. Warto też znać przyjaciół i znajomych naszych dzieci. Zapraszać do domu, zagadać, być otwartym – mówi M. Ostrowska-Królikowska. – To dobry sposób, by działać profilaktycznie, eliminować negatywne wpływy i dawać szerokie wsparcie, nawiązywać relacje w szerszym kontekście. Nastoletnim dzieciom jest to bardzo potrzebne – uważa.
A sytuacje skrajne? – Pomoc zewnętrzna jest konieczna, na przykład gdy dziecko sięga po używki. Jeśli widzimy, że nasza pociecha idzie w kierunku uzależnień, nie należy czekać, ale szukać zewnętrznego wsparcia – uważa J. Wardak. – Jeśli natomiast nastolatek odzywa się arogancko, nie pomaga w domu i nie uczy się, to specjalista niewiele pomoże. Warto wtedy zastanowić się nad relacjami, sposobem dotarcia do dziecka. Trzeba po prostu działać. To my, rodzice, znamy najlepiej swoje dziecko – dodaje.
I po prostu… bardzo je kochamy. Więc niech nawet najbardziej zbuntowany nastolatek: czasem gagatek, innym razem eksperymentator, o tym wie.

 

Papież Franciszek 2019-01-14 11:34 źródło: http://www.niedziela.pl/

Drodzy Bracia i Siostry,
„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8). Są to słowa wypowiedziane przez Jezusa, gdy wysłał apostołów do szerzenia Ewangelii, aby Jego Królestwo było propagowane przez gesty bezinteresownej miłości.
Z okazji XXVII Światowego Dnia Chorego, który w sposób uroczysty będzie obchodzony w Kalkucie w Indiach dnia 11 lutego 2019 roku, Kościół – Matka wszystkich swoich dzieci, zwłaszcza słabych – pamięta, że gesty wielkodusznego daru, jak te Miłosiernego Samarytanina, są najbardziej wiarygodną drogą ewangelizacji. Opieka nad chorymi wymaga profesjonalizmu i czułości, bezinteresownych gestów, niezwłocznych i prostych, jak zwyczajny dotyk, poprzez które daje się odczuć drugiemu, że jest „ważny”.
Życie jest darem od Boga, jak napomina święty Paweł: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7). Egzystencja, właśnie dlatego, że jest darem, nie może być uważana za zwykłe posiadanie czy prywatną własność, zwłaszcza w obliczu zdobyczy medycyny i biotechnologii, które mogłyby doprowadzić człowieka do ulegnięcia pokusie manipulowania „drzewem życia” (por. Rdz 3,24).
W obliczu kultury odrzucenia i obojętności chciałbym stwierdzić, że dar powinien być uznany za paradygmat zdolny do przeciwstawienia się indywidualizmowi i współczesnemu rozdrobnieniu społecznemu, do poruszenia nowych więzi i różnych form współpracy ludzkiej między narodami i kulturami. Dialog, będący warunkiem daru, otwiera relacyjne przestrzenie ludzkiego wzrostu i rozwoju, zdolne przełamać skonsolidowane schematy sprawowania władzy w społeczeństwie. Darowanie nie utożsamia się z czynnością dawania, ponieważ może być ono tak nazwane tylko, jeśli daje się siebie samego. Nie może to być zredukowane do zwyczajnego przekazania jakiejś własności lub przedmiotu. Różni się ono od dawania właśnie dlatego, że zawiera dar z siebie i zakłada pragnienie utworzenia więzi. Dar jest więc wzajemnym uznaniem, które jest konieczną cechą więzi społecznej. W darze kryje się odbicie miłości Bożej, która osiąga punkt kulminacyjny we wcieleniu Jezusa i w wylaniu Ducha Świętego.
Każdy człowiek jest biedny, potrzebujący i ubogi. Kiedy rodzimy się, aby żyć, potrzebujemy opieki naszych rodziców. Stąd w żadnej fazie i na żadnym etapie życia nikt z nas nie jest w stanie całkowicie uwolnić się od potrzeby i pomocy innych, nie jest też nigdy w stanie przezwyciężyć granicy bezsilności przed kimś lub przed czymś. To jest ten stan, który charakteryzuje nasze bycie „stworzeniami”. Uczciwe uznanie tej prawdy zachęca nas do pozostawania pokornymi i do praktykowania z odwagą solidarności jako cnoty nieodzownej dla istnienia.
Ta świadomość przynagla nas do działania odpowiedzialnego i przemyślanego, mając na uwadze dobro, które jest jednocześnie osobiste i wspólne. Tylko kiedy człowiek pojmuje siebie nie jako zamknięty świat, ale jako kogoś ze swej natury związanego ze wszystkimi innymi – jako „bracia” – możliwa jest praktyka solidarności społecznej, oparta na dobru wspólnym. Nie wolno nam się bać uznać siebie za potrzebujących i niezdolnych zapewnić sobie wszystkiego, czego potrzebujemy, gdyż sami o własnych siłach nie jesteśmy w stanie pokonać wszystkich ograniczeń. Nie obawiajmy się tej prawdy, ponieważ sam Bóg w Jezusie pochylił się (por. Flp 2,8) i pochyla nad nami i naszym ubóstwem, aby nam pomóc i dać te dobra, których sami sobie nie jesteśmy w stanie zapewnić.
Na okoliczność uroczystej celebracji w Indiach chciałbym z radością i podziwem przypomnieć postać Świętej Matki Teresy z Kalkuty, wzorca miłości, która uwidoczniła miłość Boga wobec ubogich i chorych. Jak stwierdziłem w czasie jej kanonizacji, „Matka Teresa przez całe swoje życie była hojną szafarką Bożego miłosierdzia, gotową do służenia wszystkim przez przyjmowanie i obronę ludzkiego życia, tego nienarodzonego oraz tego opuszczonego i odrzuconego. (…) Pochylała się nad osobami wyczerpanymi, pozostawionymi śmierci na poboczach dróg, rozpoznając w nich godność daną im przez Boga; zabierała głos wobec możnych tej ziemi, aby uznali swoje winy wobec zbrodni (…) ubóstwa stworzonego przez nich samych. Miłosierdzie było dla niej ‘solą’, która nadaje smak każdemu jej działaniu i ‘światłem’ rozjaśniającym ciemności tych, którzy nie mieli już nawet łez, aby płakać nad swoim ubóstwem i cierpieniem. Jej misja na obrzeżach miast i na egzystencjalnych peryferiach pozostaje w naszych czasach wymownym świadectwem Bożej bliskości wobec najbiedniejszych z biednych” (Homilia, 4 września 2016).
Święta Matka Teresa pomaga nam zrozumieć, że jedynym kryterium działania musi być bezinteresowna miłość wobec wszystkich, bez względu na język, kulturę, grupę etniczną czy religię. Jej przykład nadal prowadzi nas do poszerzania horyzontów radości i nadziei dla ludzkości potrzebującej zrozumienia i czułości; zwłaszcza dla tych, którzy cierpią.
Ludzka wielkoduszność jest zaczynem działania wolontariuszy, którzy mają wielkie znaczenie w sektorze społeczno-medycznym i którzy w wymowny sposób żyją duchowością Miłosiernego Samarytanina. Dziękuję i wspieram wszystkie stowarzyszenia wolontariackie, które zajmują się transportem i ratowaniem pacjentów, które zapewniają dawstwo krwi, tkanek i organów. Szczególnym obszarem, w którym Wasza obecność wyraża optykę Kościoła, jest ochrona praw chorych, zwłaszcza tych cierpiących na choroby wymagające specjalnej opieki, nie zapominając także o wymiarze zwiększania świadomości i profilaktyki. Wasza służba wolontaryjna w strukturach sanitarnych i domowych ma ogromne znaczenie, począwszy od opieki zdrowotnej po wsparcie duchowe. Korzysta z niej wielu chorych, samotnych, ludzi w podeszłym wieku, słabych psychicznie i fizycznie. Zachęcam Was, abyście nadal byli znakiem obecności Kościoła w zsekularyzowanym świecie. Wolontariusz jest bezinteresownym przyjacielem, któremu można powierzyć myśli i emocje; poprzez słuchanie tworzy on warunki, w których chory, nie jest już biernym obiektem opieki, ale staje się aktywnym podmiotem i bohaterem wzajemnej relacji, zdolnym do odzyskania nadziei i lepiej przygotowanym do zaakceptowania leczenia. Wolontariat komunikuje wartości, zachowania i style życia, które w centrum mają pasję obdarowywania. W ten sposób realizuje się humanizacja opieki.
Postawa bezinteresowności powinna pobudzać przede wszystkim katolickie placówki opieki zdrowotnej, ponieważ to właśnie logika Ewangelii określa ich działanie, zarówno na obszarach najbardziej zaawansowanych, jak i w miejscach najtrudniejszych. Katolickie placówki są powołane, aby wyrażać istotę daru, darmowości i solidarności, w odpowiedzi na logikę zysku za wszelką cenę, logikę dawania, aby otrzymywać, logikę wyzysku nie zwracającego uwagi na ludzi.
Wzywam Was wszystkich, na różnych poziomach, do promowania kultury bezinteresowności i daru, niezbędnych do przezwyciężenia kultury zysku i odrzucenia. Katolickie instytucje opieki medycznej nie powinny wpadać w myślenie biznesowe, ale dbać o opiekę nad człowiekiem, bardziej niż o zysk. Wiemy, że zdrowie jest relacyjne, zależy od interakcji z innymi i potrzebuje zaufania, przyjaźni i solidarności. To jest dobro, którym można się cieszyć „w pełni” wyłącznie, gdy się nim dzieli. Wskaźnikiem zdrowia chrześcijanina jest radość z bezinteresownego daru.
Was wszystkich zawierzam Maryi, Uzdrowieniu chorych. Niech nam pomaga dzielić się darami otrzymanymi w duchu dialogu i wzajemnego przyjęcia, abyśmy żyli jak bracia i siostry, uważni na potrzeby jedni drugich, abyśmy wiedzieli, jak dawać z sercem hojnym i uczyli się radości z bezinteresownej służby. Z miłością zapewniam wszystkich o mojej bliskości w modlitwie i z serca udzielam Apostolskiego Błogosławieństwa.

Watykan, 25 listopada 2018
Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00