Czytelnia

Ks. Paweł Borowski Niedziela 5/2018 dodane 12.02.2018 17:07 źródło: http://prasa.wiara.pl/

Styczniowy wieczór w Działdowie. Poniedziałek. Na pozór niewyróżniający się niczym szczególnym. Ludzie wracają do domów z pracy, inni ze szkoły, ktoś spieszy się z załatwieniem kilku ważnych spraw. Są i tacy, którzy zamknięci w ciepłych domach spędzają czas przed telewizorem po ciężkim dniu. Dla mnie jednak to wieczór wyjątkowy
Przyjechałem tu, by odbyć szczególną podróż w czasie. Zobaczyć, usłyszeć i poczuć to, co wydarzyło się ponad 70 lat temu, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Do tej podróży niepotrzebny mi wehikuł czasu. Wystarczą wspomnienia tych, którzy przetrwali, by dać świadectwo.

Przejście
Dorastałem w cieniu dawnych koszar wojskowych znajdujących się przy ul. Grunwaldzkiej. Szkoła podstawowa, do której chodziłem, była niedaleko. Często mijałem stare budynki, gdy szedłem do miejsca pracy moich rodziców. Wtedy była tam hurtownia alkoholu, a samo miejsce zawsze napawało mnie lękiem. Pomnik znajdujący się nieopodal kojarzył mi się z kobietą grającą na harfie. I nie dziwiło mnie to. Przecież w jednym z tych budynków była szkoła muzyczna. W miarę upływu lat, dzięki nauczycielowi historii w szkole średniej, zacząłem odkrywać to miejsce. Przerażające fakty zaczęły układać się w całość, niczym posunięcia pędzlem na płótnie, a pełen obraz ukazał się moim oczom zaledwie kilka dni temu, we wspomniany na wstępie styczniowy wieczór.
Niemiecki obóz koncentracyjny – KL Soldau powstał we wrześniu 1939 r. To pierwszy obóz koncentracyjny utworzony przez hitlerowców na ziemiach polskich. Nazwano go obozem przejściowym i rzeczywiście dla tysięcy jeńców stał się bramą, przez którą przechodzili z życia do śmierci. Harfa z pomnika zamieniła się w ogrodzenie z drutu kolczastego, kobieta – w więźnia. Zrozumiałem, dlaczego to miejsce wiało grozą.

To nie był film
„Soldau – miasto na pograniczu śmierci” to tytuł filmu dokumentalnego, który skłonił mnie do przyjazdu w rodzinne strony. Premierę zaplanowano na 15 stycznia br. Aula Centrum Kształcenia Ustawicznego w Działdowie wypełniona po brzegi. Wśród zgromadzonych – dwie drobne kobiety. Zatrzymałem się na chwilę rozmowy i odkryłem, że stoję przed świadkami tych mrocznych wydarzeń. Były dziećmi, które razem ze swoimi rodzicami trafiły do obozu w Działdowie. Teresa Krowicka miała wówczas 4 lata, a Krystyna Gajewska – 10 lat. Traumatyczne przeżycia wyryły piętno, które towarzyszy im do dziś. – Wszyscy byliśmy przeznaczeni na stracenie – mówi pani Krystyna. Obie podkreślają, że to, iż przeżyły, to cud. – Każdego dnia dziękuję za to Bogu – dodaje pani Teresa.
Przyzwyczailiśmy się do przemocy pokazywanej każdego dnia w telewizji. Często tragiczne historie ludzi spływają po nas jak po przysłowiowej kaczce i przechodzimy przez nie do codziennych spraw. Może nawet zdarza się, że traktujemy je jak rozrywkę. Tym razem z zapartym tchem i mokrymi od łez oczami słuchałem ich historii. I uświadomiłem sobie po raz kolejny, że to nie był park rozrywki. To nie był film.

Głód
W obozie panował straszny głód. Do jedzenia był tylko czerstwy chleb i do picia kawa, którą można by nazwać brudną wodą. Od czasu do czasu pojawiała się zupa podawana w korytach – na tysiąc więźniów przypadało 100 misek. Czas na posiłek był krótki. – Trzeba było się spieszyć, by cokolwiek zjeść. Potrzebny był spryt. Ludzie wyrywali sobie jedzenie – wspomina pani Krystyna. – Pamiętam uczucie głodu, które mi towarzyszyło w obozie – mówi pani Teresa. Do dziś ciągle się martwi, że zabraknie jej jedzenia. – Długie lata po wojnie nie mogłam zrozumieć, dlaczego moja mama nie pozwalała mi jeść zupy, którą podawali Niemcy w obozie. Dopiero gdy miałam kilkanaście lat, mama powiedziała mi, że Niemcy zabierali dzieci, które się urodziły, lub malutkie dzieci, które zmarły, i z nich przygotowywali jedzenie – mówi ze łzami w oczach.
Głodowa śmierć stawała się udziałem wielu więźniów. Ci, którzy nie umarli z głodu, doświadczali codziennego terroru, bicia i poniżania. Najgorzej traktowano duchownych i siostry zakonne, wśród nich bł. abp. Antoniego Juliana Nowowiejskiego i bł. bp. Leona Wetmańskiego. Zmuszanie do deptania krzyża i wyrzekania się Chrystusa zderzało się z odwagą wiary gotowej na wszystko. Egzekucje były codziennością. Więźniowie byli rozstrzeliwani na schodach do piwnicy lub wywożeni do pobliskich lasów.
Brakuje mi słów, by opisać to, co usłyszałem. Bestialstwo sięgające szczytu okrucieństwa i dna człowieczeństwa. – Dzikie zwierzę zaatakuje, naje się i odchodzi. W tym obozie wielu z tych oprawców to byli ludzie nienasyceni – mówi ks. kan. Marian Ofiara, kustosz sanktuarium Błogosławionych Męczenników Działdowskich, który podjął się zadania upamiętnienia ofiar obozu Soldau.
Głód tysięcy umęczonych ludzi – czy staje się on także moim głodem? Ich pragnienie – czy jest moim pragnieniem? Co zrobić, by ciągle pragnąć upamiętnienia ich ofiary?

Pomnik
Rozpoczyna się pokaz filmu. Organizatorzy spotkania i twórcy opowiadają o celu, który im przyświecał. – Przez wiele lat nie mogłem zrozumieć, dlaczego o tym miejscu i o tej wielkiej zbrodni nie słyszałem wcześniej. Ten film to nasz pomnik – wirtualny pomnik pamięci. Dlaczego podjęliśmy się tego zadania? Bo tak trzeba. To jest nasz obowiązek – mówi Andrzej Rutecki, sekretarz Stowarzyszenia Odnowy Chrześcijańskiej „Pamięć i Tożsamość”.
Pytanie o brak należytego upamiętnienia ofiar obozu nurtowało także mnie. Przez lata odnosiłem wrażenie, że robiono wszystko, by tę pamięć zamazać, a miejsce okryć zapomnieniem. Zacząłem szukać informacji o KL Soldau. W styczniu 1945 r. Niemcy zorganizowali tzw. Marsz Śmierci dla ostatnich więźniów obozu. Ustawieni w czwórki, przy szalejącej śnieżycy, byli pędzeni przez hitlerowców na północ. Długi na ok. 2 km szereg więźniów przeszedł przez Frygnowo, Ostródę, Stare Jabłonki i doszedł do Zawad Małych. Tam grupa 120 więźniów została rozstrzelana. Wyzwolenia doczekali tylko nieliczni. Zaledwie kilka dni po tym wydarzeniu Armia Czerwona wkroczyła do Działdowa i utworzyła swój własny obóz. – Sowieci zorganizowali tutaj Obóz Nakazowo-Rozdzielczy NKWD, z którego tysiące Polaków zostało wywiezionych na Wschód. Zadbano o to, żeby pamięć o tym drugim obozie została wymazana. Być może to spowodowało niechęć władz PRL-u do zajmowania się sprawami i historią tego miejsca – mówi w rozmowie ze mną prezes stowarzyszenia Zenon Gajewski. Nic zatem dziwnego, że sprawa obozu została zapomniana. – Do tego stopnia, że w świadomości mieszkańców Działdowa ten obiekt istnieje jako koszary, a nie obóz – dodaje pan Zenon.
W rozmowie z osobami zaangażowanymi w dzieło przywracania pamięci wspólnie dochodzimy do wniosku, że świadków tych wydarzeń jest coraz mniej, a czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Film, który powstał, jest krokiem ku temu, by ocalić od zapomnienia to miejsce. Jest również jednym z elementów pomnika pamięci, który musimy zbudować. – Gdy podjęłam pracę nad tym filmem, chciałam, aby te osoby, które ocalały, wiedziały, że ich historia jest ważna, że ktoś razem z nimi walczy o to, aby nie została zapomniana – podkreśla reżyser dokumentu Maria Cegiełka.

Pamięć
Biskup toruński Wiesław Śmigiel, który uczestniczył w premierze filmu, nie krył wzruszenia. – Dla mnie jest to szczególne przeżycie, bo tu zginęło dwóch biskupów, wielu księży i sióstr zakonnych. To jest miejsce kaźni polskiego duchowieństwa w czasie II wojny światowej – mówi w rozmowie ze mną. Film nie tylko przypomina historię, ale też bardzo dużo mówi o nas. – Nie byłoby mnie, nie byłoby duchownych, nie byłoby seminarium, nie byłoby Kościoła w Polsce, który cieszy się siłą ewangelizacyjną, gdyby nie było tych męczenników, którzy tu oddali życie za Kościół i za Polskę. To miejsce zasługuje na szczególną pamięć – dodaje.
Byłe więźniarki podkreślają, że ten film jest potrzebny następnym pokoleniom, by je przestrzec przed strasznymi konsekwencjami odwrócenia się od Boga. – Oddalenie się od Boga prowadzi do strasznego okrucieństwa. Gdyby oni mieli Boga w sercu, to nie wierzę, że mogliby takie rzeczy zrobić drugiemu człowiekowi – podkreśla Teresa Krowicka.
Wracam do domu już nie ten sam. W głowie rozbrzmiewają słowa, które przeczytałem na ścianie jednego z baraków w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau: „Naród, który nie pamięta swojej historii, skazany jest na jej powtórzenie”. Nie zapomnę.

 

ks. Tomasz Horak dodane 10.02.2018 06:15 źródło: http://info.wiara.pl/d

Wróciłem z katechezy dla kandydatów do bierzmowania. Bierzmowanie ma otworzyć codzienne życie na moc Ducha. I przewietrzyć.

Godzinę temu wróciłem z katechezy dla kandydatów do bierzmowania. Tych młodszych – czyli z klas VI, VII i II gimnazjalnej. Dziwny układ wymuszony przez reformę reformy oświaty. Tak po prawdzie oświaty to nie zreformuje, ale było koniecznością. Otóż wróciłem z owej katechezy, którą poświęciłem tematom aktualnym życia polskiego społeczeństwa. Katechizm mają w programie szkolnym, a bierzmowanie ma otworzyć codzienne życie na moc Ducha. I przewietrzyć.
Wybrałem trzy obszary tego życia, z trzema aktualnymi w Polsce tematami. Byłem też ciekaw, na ile są to sprawy im znane. Pierwszy – to handel w niedzielę. Drugi – to zderzenie Europy z muzułmanami. Trzeci – aborcja eugeniczna. Co? Że zbyt odważne zwłaszcza w obecności szóstoklasistów? To my, starzy, wyobrażamy sobie trzynastoletnie niewiniątka. Inne czasy, inna (pod)świadomość, inne obciążenie pornografią – zwłaszcza internetową, gdzie realnych zabezpieczeń wiekowych nie ma. A potem ta nerwowość na pierwszych lekcjach w szkole i te podkrążone z niedospania oczy.
Ale po kolei. Handel w niedzielę. Wiedzieli, o co chodzi. Z tych, co to zapomnieli cukru bądź mąki przed niedzielą kupić, to się trochę pośmiali. Na pytanie, czy sprzedaż będzie mniejsza, jak w niedzielę sklepy będą zamknięte, zdania mieli podzielone. Zupełnie jak posłowie na Sejm RP. Co by znaczyło, że ów sejm jest jakoś reprezentatywny. Co do wiedzy, bo z decyzjami to chyba byłyby większe różnice. O „dobie handlowej” pojęcia nie mieli – podobnie, jak większość posłów. Trudno się dziwić, w osiedlowym sklepiku to nie ma znaczenia, a nikt z posłów w dużej sieci nie tyra po 18 godzin na dobę (bez dojazdu). No, czasem w sejmie – ale to nie handel, choć bywa, że i tam się tym i owym kramarzy.
Zapytałem też, którego przykazania Dekalogu sprawa dotyczy. Większość chyba nie dostrzegła takiego związku. Tylko jedna z dziewcząt (kl. II gimnazjum) pewnie acz cichutko swoim zwykle mocnym głosem powiedziała: trzecie przykazanie. Wiem, że nie zgadywała, akuratnie ona po prostu wie.
Drugi wątek – zderzenie kultury europejskiej z kulturą muzułmańską. Tu zaskoczyli mnie kompletnie. Zdaję sobie sprawę, że „kultura” to pojęcie wieloznaczne i nieprecyzyjne. Nie spodziewałem się choć częściowej definicji kultury jako całokształtu duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa, utożsamianego z cywilizacją. Także jako wyuczonych wzorców postępowania w odróżnieniu od tego, co jest biologicznie odziedziczone. Zatrzymali się na poziomie „kulturki” w kontekstach dobrze urządzonego mieszkania lub jako odnoszenie się człowieka do człowieka.
Cała reszta moich przygotowanych wywodów religijno-obyczajowych stała się więc bezprzedmiotowa. Usiłowałem jakoś przebić się przez tę skorupę ignorancji. Rozpaczliwym chwytem było przytoczenie Mickiewicza „Ody do młodości”. Ja i cała klasa – wtedy VII – uczyliśmy się tego na pamięć i poznawaliśmy myśl i idee poety. Ja zapamiętałem, a nie sądzę bym był wyjątkiem. Zaś analizę wiersza jakoś opanowaliśmy. Ale od tamtych dni minęło 60 lat. Machnąłem ręką i powiedziałem: jak przyjdą do nas muzułmanie, raz dwa was zbisurmanią i będziecie grzecznie w piątek do meczetu chodzili. To zdanie zabrzmiało chyba jak wypowiedziane w obcym języku.
Może czas, żeby przed młodymi (czy w ogóle młodszymi od siebie) stawali duszpasterze, wychowawcy, animatorzy życia kulturalnego mówiący językiem bardziej zrozumiałym? A może język kulturotwórczy jest już nie do odzyskania i odtworzenia? A może trzeba budować zręby nowego języka opisującego odwieczne prawidła ludzkiej kultury? Jako chrześcijanin dopowiem: chrześcijańskiej kultury...
A trzeci obszar tematyczny, czyli aborcja eugeniczna? Oj, już nie mieścimy się w objętości felietonu. Powiem tyle: nie było to białą plamą w ich myśleniu. Tyle dobrze. Jeśli nawet coś mają źle poustawiane w głowie, jest od czego zacząć. W temacie „kultura” – pustkę odkryłem.

 

Andrzej Macura dodane 12.02.2018 11:45 źródło: http://liturgia.wiara.pl

Słowa powszednieją. Najważniejsze stają się banałem, najostrzejsze ledwo ostrzem taniego scyzoryka.
  Nie ma wyboru?
Zawsze na tym samym peronie wsiadasz do pociągu jadącego tym jednym torem? Nic nie można zmienić? Może czas przy najbliższej zwrotnicy pojechac jednak inaczej?
„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – usłyszmy u progu Wielkiego Postu. Niby wszystko jasne. Odwrócić się od grzechu, przyjąć Dobrą Nowinę. Coś jeszcze?
To wszystko przez to, że słowa powszednieją. Najważniejsze stają się banałem, najostrzejsze ledwo ostrzem taniego scyzoryka. Stąd czasem poszukiwania nowości, świeżości, nawet jeśli miałyby dotyczyć nie fundamentów, a sztukaterii w korytarzu na piątym piętrze ośmiopiętrowego gmachu. A może trzeba zwyczajnie się zatrzymać, siąść, zdmuchnąć ze szkatuły ze skarbami pokrywający ją kurz. I zachwycić się nimi na nowo. Wszak to, co ważne, cenne, piękne tak naprawdę nigdy nie traci blasku....
Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Co znaczy nawrócić się? Skąd nawrócić? Dokąd się skierować? Na ile za ten proces odpowiadają kończyny, a na ile rozum i serce? No i co to jest ta Ewangelia? Tak, niby wszystko od dawna wiadomo, ale czy to, co jest w nas, co przeszło przez różne filtry i nie zawsze ogarniające pełny jej zakres wzmacniacze jest faktycznie Ewangelią?
Jak co roku proponujemy naszym Czytelnikom garść wielkopostnych zamyśleń. W tym roku postanowiliśmy jednak zrobić to nieco inaczej. Nie tak intensywnie jak dawniej. Od Środy Popielcowej w kolejne niedziele Wielkiego Postu publikować będziemy refleksje czerpiące inspirację z przesłania Ewangelii Marka. Pod wspólnym hasłem „Nawracajcie się!”. Bezpośrednio przed Wielkim Tygodniem, w V tygodniu Wielkiego Postu, zaproponujemy bardziej intensywne, internetowe rekolekcje.
No to zapraszamy. Pierwszy odcinek – w środę.

 

ks. Krzysztof Porosło źródło: http://www.katolik.pl/

Dlaczego Wielki Post rozpoczynamy w środę, a nie w niedzielę? I dlaczego środę tę nazywamy popielcową?

Mój hiszpański profesor liturgii Félix María Arocena zwykł żartować, że jak się bada pierwsze wieki chrześcijaństwa, to dochodzi się wniosku, że „Rok liturgiczny to długi okres postu, od czasu do czasu przerywany świętem”. Oczywiście zdanie jest przesadzone, ale tylko trochę, co zobaczymy, poznając historię Środy Popielcowej. Nie sposób jednak tego zrobić, jeśli nie dotkniemy początków Wielkiego Postu w ogóle.

Początki Wielkiego Postu

O tym, że rok liturgiczny wraz ze swoim rozwojem coraz bardziej zaczynał być czasem postu i pokuty, świadczy szybko rozwijająca się praktyka Wielkiego Postu, jako czasu przygotowania do najważniejszego chrześcijańskiego święta. Początkowo obchodzona Niedziela Wielkanocna szybko została rozszerzona do obchodów całego Świętego Triduum Chrystusa Ukrzyżowanego, Pogrzebanego i Zmartwychwstałego, a więc Wielkiego Piątku, Soboty i Niedzieli – z czego piątek i sobota były dniami ścisłej pokuty i postu. Na przełomie III i IV w. ten dwudniowy czas przygotowania do Niedzieli Zmartwychwstania wydłużono do trzech tygodni.

Według jednej z hipotez czterdziestodniowy Wielki Post ukształtował się w wyniku spotkania powyższej tradycji rzymsko-północnoafrykańskiej z tradycją aleksandryjską. W Egipcie znano 40-dniowy post, obchodzony na pamiątkę postu Jezusa na pustyni. Obchodzono go nie bezpośrednio przed Wielkanocą, ale od 6 stycznia, od święta Epifanii, kiedy wspominano chrzest Jezusa w Jordanie. Okres tego postu kończył się chrztem katechumenów.

W Rzymie Wielki Post szybko nabrał podobnego charakteru. Papież Leon Wielki (V w.) wymienia trzy cele okresu, nazywanego dosłownie Czterdziestnicą (łac. Quadragesima): przygotowanie do przyjęcia łaski zbawienia; czas pokuty i przygotowania dla publicznych pokutników do przyjęcia pojednania w Wielki Czwartek; bezpośrednie przygotowanie dla katechumenów do przyjęcia chrztu w noc Wigilii Paschalnej.

Liturgiczna matematyka

Jednak każdy, kto chciałby policzyć dni od Środy Popielcowej do Niedzieli Zmartwychwstania, zauważy, że to łącznie 46 dni, a nie 40. Początkowo tych 40 dni liczono od Wielkiego Czwartku wstecz do I niedzieli Wielkiego Postu. Do Wielkiego Postu nie wliczano Triduum Paschalnego. W ten sposób pięć pełnych tygodni postu plus pięć dni Wielkiego Tygodnia (od Niedzieli Palmowej do Wielkiego Czwartku) dawało 40 dni. Dość szybko jednak niedziele wyłączono z dni postnych – wtedy rachunek się komplikował, zostawały tylko 34 postne dni. Gdy zaczęto do nich zaliczać Wielki Piątek i Wielką Sobotę, św. Jan Kasjan tłumaczył, że 36 dni postu stanowi jedną dziesiątą całego roku, więc Wielki Post to dziesięcina, którą oddajemy Bogu na Jego chwałę.

W V w. uzupełniono liczbę dni postnych do biblijnych 40 przez to, że Wielki Post rozpoczynano w środę, poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W ten sposób powstała środa nazywana po łacinie Feria IV caput ieiunii, czyli „Środa głowy (początku) postu”. Środa nie była w starożytności chrześcijaństwa przypadkowym dniem. Już datowany na przełom I–II w. dokument Didache zaleca wiernym, aby pościli w środy i piątki, w odróżnieniu od wyznawców judaizmu, którzy poszczą w poniedziałki i czwartki. Ponadto właśnie początkowo środy i piątki, obok niedzieli, były dniami, w których gromadziła się wspólnota wiernych na celebracje.

Obecnie Wielki Post trwa od Środy Popielcowej do Wielkiego Czwartku: Msza Wieczerzy Pańskiej rozpoczyna już Triduum Paschalne. Oznacza to – choć może nas to zdziwić – że bez względu na to, jaki przyjmiemy model liczenia, nie uzyskamy biblijnej liczby 40 dni. Jeśli będziemy je liczyć łącznie z niedzielami, będą to 44 dni, jeśli nie, wyjdzie tylko 38 dni. Liczba 40 dni zgadzała się wtedy, kiedy liczono dni od Środy Popielcowej do Wielkiej Soboty, wyłączając z tej listy niedziele.

Pokuta publiczna

Pozostaje jeszcze pytanie, jak to się stało, że „Środa początku postu” została nazwana Środą Popielcową? Aby to wyjaśnić, musimy cofnąć się do pokuty grzeszników w pierwszych wiekach. Zanim w Kościele ukształtowała się forma spowiedzi indywidualnej z wyznaniem grzechów, musiało upłynąć sporo czasu. W pierwszych wiekach (dopiero od IV w. możemy o tym mówić z większą pewnością) istniała tzw. pokuta kanoniczna, nazywana również pokutą publiczną. Polegała ona na tym, że za najcięższe grzechy, takie jak morderstwo z premedytacją, cudzołóstwo czy bałwochwalstwo, trzeba było odbyć publiczną karę, którą nakładał na penitenta biskup. W tym czasie penitent nie mógł przyjmować Komunii, w niektórych miejscach w ogóle nie mógł uczestniczyć w zgromadzeniu wiernych. W tradycji rzymskiej pojednanie takiego grzesznika z Kościołem miało miejsce w Wielki Czwartek, gdy w czasie specjalnej liturgii udzielano mu rozgrzeszenia. Taką publiczną pokutę można było odbyć tylko raz w życiu. Od VI w. pod wpływem mnichów brytyjskich formuła pokutna w Kościele zaczęła się zmieniać, aż do średniowiecza, kiedy ukształtowała się forma spowiedzi indywidualnej. Forma publicznej pokuty, mającej charakter celebracji liturgicznej, odgrywała coraz mniejszą rolę, ale trudno powiedzieć, kiedy ostatecznie zanikła. Jest prawdopodobne, że przez pewien czas za grzechy popełnione publicznie pokutowało się publicznie, zaś za grzechy popełnione „w ukryciu” otrzymywało się rozgrzeszenie w indywidualnej spowiedzi prywatnej.

Z prochu powstałeś...

Z zachowanych źródeł z X-XI w. wiemy, jak wyglądały w tradycji rzymsko-galijskiej takie celebracje publicznej pokuty. W Środę Popielcową penitenci przychodzili do kościoła, aby rozpocząć czas pokuty: ubrani w wór pokutny, z bosymi nogami i spuszczonymi oczami na znak wstydu z powodu swoich grzechów. Biskup wysłuchiwał wyznania grzechów penitenta i nakładał odpowiednią pokutę. Następnie śpiewano psalmy pokutne i odmawiano modlitwy, prosząc Boga o odpuszczenie grzechów tym, którzy w tym czasie leżeli w pokorze na ziemi. Na głowę pokutnika biskup nakładał ręce, potem posypywał ją popiołem, mówiąc: „Pamiętaj, człowieku, prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Potem kropił go pobłogosławioną wodą i nakładał włosienicę, mówiąc: „Nawróć swoje serce i upokórz duszę w popiele i włosiennicy, bowiem sercem skruszonym i pokornym Bóg nie wzgardzi”. Ostatnim elementem celebracji było wygnanie penitentów z kościoła na czas odbycia publicznej pokuty, tak jak kiedyś Adam został wygnany z raju. Zachęcano ich przy tym, by wrócili w Wielki Czwartek, kiedy Kościół ich pojedna z Bogiem i przywróci do pełnej jedności ze wspólnotą, udzielając rozgrzeszenia.

Od „Środy początku” do Środy Popielcowej

W XI w. obrzęd, pierwotnie przeznaczony tylko dla publicznych grzeszników, w zmienionej formie zaczęto praktykować wobec wszystkich wiernych, którym posypywano głowy popiołem. Stało się tak z dwóch racji. Po pierwsze, pokuta publiczna w tym okresie prawie już zanikła na rzecz spowiedzi indywidualnej. Obrzęd włączenia penitentów w grono pokutników przestawał być praktykowany, chciano jednak zachować jego niektóre elementy: stąd pozostało w celebracji posypanie głowy popiołem. Po drugie Wielki Post jest czasem, kiedy mocno uświadamiano sobie własną grzeszność, a tym samym konieczność pokuty. To właśnie to doświadczenie stanięcia przed Bogiem w prawdzie o własnym grzechu i błaganie Go o miłosierdzie było motywem, który prowadził ludzi w Środę Popielcową do Kościoła, aby skłoniwszy głowę, przyjąć na nią popiół. Popiół ten pochodził ze spalonych palm, błogosławionych rok wcześniej w Niedzielę Męki Pańskiej. W ten sposób starano się pokazać, że przebaczenie grzechów płynie z męki i śmierci naszego Pana. Papież Urban II widząc, że ta praktyka coraz bardziej się rozpowszechnia, zalecił na synodzie w Benewencie (Włochy) w 1091 r., aby obrzęd posypywania głów popiołem wszystkim wiernym praktykować w Środę Popielcową w całym Kościele. W ten sposób „Środa początku postu” zaczęła być Środą Popielcową – i tak jest po dziś dzień.

ks. Krzysztof Porosło
Przewodnik Katolicki 6/2018

 


Ks. Stanisław Orzechowski Edycja wrocławska 6/2018, str. I 2018-02-07 13:42 źródło: http://www.niedziela.pl/

W czasie Wielkiego Postu spopieleniu powinny ulec nasze grzechy
To już w tym tygodniu, kolejna środa z popiołem. Proszę się do niej przygotować, nie tylko wpaść do kościoła po popiół, ale przypomnieć sobie, ze zaczynamy w tym dniu Wielki Post.
Nie ma sakramentu popiołu – bez popiołu można się zbawić, ale jest od dawna taki obyczaj w Kościele, bardzo wymowny. To, co się stanie, jest pewnym symbolem, którego specjalnie nie muszę wyjaśniać. Polacy są od wieków narodem dobrze orientującym się w języku symbolicznym. Otrzymamy w tym dniu wstrząsające Słowo Boże zawarte w Drugim Liście św. Pawła do Koryntian. Apostoł narodów zaklina wszystkich, którzy ten jego list czytają: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem” (2 Kor 5,20).
Popatrzcie uważnie na ten popiół, szary popiół – znak, symbol. Czego? Popiół sprzeciwia się naszym ułomnym postawom. Przypomina, że nie jesteśmy wieczni, ale zmierzamy do prawdziwej Wieczności. Aby w niej zająć godne, dobre miejsce, musi się w nas spopielić wszystko, co byle jakie i nieświęte. Popiół mówi: spalaj się, ścieraj, nie zadzieraj nosa. Podczas posypywania głów popiołem proszę wziąć do ręki książeczki i wsłuchać się w słowa tradycyjnej pieśni, którą zaśpiewamy: „Ludu, mój ludu”.
Mam zaufanie do Kościoła; w jego zaleceniach znajduję przesunięcie akcentów z postu skierowanego na jedzenie na inne sprawy. Coraz więcej z was uzależniło się np. od komputera; jakiekolwiek uzależnienie jest niedobre. Ktoś mi powiedział: „Jak po kilku godzinach wracam od komputera, nie mogę się znaleźć w rzeczywistości”. To źle. Chrystus sam pokazał pewne rzeczy, na które trzeba zwrócić uwagę w poście. Jałmużna to jest dar darmo dany. Ogromną jałmużną i darem jest dar czasu – np. własnemu ojcu. Kiedy ostatni raz rozmawiałeś normalnie z ojcem? Dar czasu podarowany matce. Jak to wygląda?
Daj czas. Co jeszcze? Oczywiście grosz!
Przyjmijmy jeszcze bardzo piękne Słowo Pana Boga, które tłumaczy całą intencję, podstawę tego wszystkiego, co dzisiaj i w całym Wielkim Poście możemy przeżywać: Pan zapalił się zazdrosną miłością ku swojej ziemi i zmiłował się nad swoim ludem (Jl 2,18). Zazdrosną miłością się Pan Bóg zapalił do ziemi – nie do kwiatów, chociaż je kocha i ptaki też kocha. Wiadomo, kto jest najważniejszy na tej ziemi. To zdanie jest właściwie kluczem dla wszelkich, bardzo mizernych, słów ludzkich, które jednak też pewnie zmierzają do tego jednego: abyś pojednał się z Bogiem i był szczęśliwy.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00