Czytelnia

Apostaci są wśród nas, czyli młodszy syn odchodzi

Alina Petrowa-Wasilewicz Opublikowano / 22 stycznia 2021 źródło: https://stacja7.pl/

A może oni mają rację? Może nie sto procent racji, ale wystarczy, żeby zapaliły się ostrzegawcze światła. Ich opowieści świadczą o wielkiej samotności. Na swojej drodze wiary nie znaleźli świadka.
Coraz więcej apostatów. Na portalach, blogach i vlogach ktoś wciąż deklaruje, że odszedł z Kościoła. Na stronach Krytyki Politycznej licznik, wskazujący ile osób już się na ten krok zdecydowało (w drugiej dekadzie stycznia ponad 1600 osób, ich imiona lub imiona z nazwiskami są publikowane). Załączone są instruktaże, co dokładnie należy zrobić, można pobrać odpowiednie formularze z deklaracjami apostazji. Są też zachęty, aby od Kościoła odejść, argumenty, które za tym przemawiają, doping i dodawanie animuszu, wspomnienia – przeważnie opis drogi od katolicyzmu do opuszczenia Kościoła. Krótko mówiąc: apostaci są wśród nas. Czy to stały trend, czy apostatów będzie przybywać? I co to znaczy dla tych, którzy w Kościele zostają?

Pedofilia, pieniądze, władza, lekceważenie, ciemnogród
Na lewicowych portalach apostaci opowiadają, co zadecydowało lub przyspieszyło ich decyzję. Tych powodów jest sporo, najbardziej oczywisty powód to brak wiary w Boga, co wyczerpuje temat. Ponadto najczęściej powtarzające się zarzuty dotyczą ludzi Kościoła – bogactwa i pazerności kleru, chamstwa i złego traktowania wiernych przez księży, wtrącania się do polityki, sojuszu ołtarza z tronem, pedofilii duchownych i zamiatania pod dywan nadużyć seksualnych przez biskupów.
Odrębną kategorię stanowią argumenty, związane z nauczaniem Kościoła – jego nienaukowej wizji świata, tłumienia „zdrowej seksualności”. Ponadto to instytucja, która sieje nienawiść do mniejszości, a także „skrajnie patriarchalna organizacja, od zawsze niechętna upodmiotowieniu kobiet i spowalniająca pozytywne zmiany, nie oczekuj, że zrobi dla ciebie wyjątek i odstąpi od swoich podstawowych reguł. Idea równości płci zawsze stała w sprzeczności z doktryną Kościoła katolickiego. W katolicyzmie kobieta jest matką, służebnicą i dziewicą, macica to jej najważniejszy organ” – jak stwierdza Patrycja Wieczorkiewicz.
Dla odchodzących Kościół postrzegany jest jako organizacja, jedna z wielu instytucji, a jej struktury są zmurszałe i grożą zawaleniem. Jego koniec jest bliski.

„Polacy i Polki uwalniają się od wielowiekowego okupanta”
Odejście od takiej „organizacji” jest więc uwolnieniem, przejściem na jasną stronę mocy i wejściem do świata racjonalizmu, nauki i postępu, kwestią przyzwoitości.
Dla odchodzących Kościół postrzegany jest jako organizacja, jedna z wielu instytucji, a jej struktury są zmurszałe i grożą zawaleniem. Jego koniec jest bliski.
Argumenty apostatów są więc dwojakiego rodzaju – dotyczą ludzi (katolików) – dwulicowych i ograniczonych oraz doktryny, która jest nie do przyjęcia, bo „świat poszedł do przodu”. Swoim nauczaniem Kościół wyrządza niewyobrażalne krzywdy, wywołuje poczucie winy, ogłupia, odbiera wolność, demoluje osobowość. „Żyjemy jednak w historycznym momencie – Polacy i Polki uwalniają się od wielowiekowego okupanta” – by użyć słów Boya-Żeleńskiego.

Kościół szyty „na miarę”
Z publikowanych wyznań wyłania się wizja Kościoła, który byłby może zaaprobowany, to Kościół „na miarę” – ma być modny i wygodny, nowoczesny i przyjazny, w żadnym miejscu nie może uwierać, ani sumienia, ani wrażliwości. Jeśli nie jest mój, na moją miarę, cóż – nie warto w nim być.
W opisach bycia i odejścia uderzające jest milczenie autorów na sprawy najwyższej wagi – nie ma ani słowa o tym, kim był dla nich Jezus i oraz o tym, jak przeżywali Eucharystię. Czym była dla nich Eucharystia? Autentycznym spotkaniem? – Byłem u I Komunii – stwierdzają. I nikt z nich nie wspomina, że jeszcze w „katolickim” okresie ich życia uznawali Jezusa za Zbawiciela, Drogę, Prawdę, Życie.
Nikt z nich także nie podjął wysiłku zrozumienia, od czego tak naprawdę odchodzi. Nie przeszedł drogi Vittorio Messoriego, który, wychowany w obojętnej religijnie rodzinie, pewnego dnia zdecydował się na własną rękę sprawdzić, kim był Jezus z Nazaretu. Aż tak długiej drogi nie musieliby przechodzić, mieliby znacznie łatwiej – mogli chociaż przeczytać jego książkę.
Ale winą obarczają wyłącznie innych, nigdy siebie.

A jeśli oni mają rację?
Niezależnie od powagi i prawdziwości tej listy zarzutów, warto bardzo starannie wsłuchać się w historie odchodzących. Co ich najbardziej zabolało, co przelało czarę goryczy? Czy w ich opowieści nie ma ziarna prawdy, mimo że może się wydawać, że kościelna rzeczywistość została przedstawiona w krzywym zwierciadle? Nie wolno od tego obrazu uciekać, uznać, że to przesada, zła wola, trzeba się z obrazem Kościoła, nakreślonym przez apostatów, zmierzyć.

Duchowni
Czy nie ma wśród duchownych osób pazernych, wypalonych, czy są „…księża, zawsze patrzący na ciebie z góry” lub „szalone zakonnice, które zamiast odpowiadać na dręczące nas pytania, zamykały dyskusję i intonowały oazowe piosenki…” – jak stwierdza Jacek Diduszko. Czy większość duszpasterzy to ludzie skromni, nastawienie na służbę, a nie na „bycie kimś” i panowanie? Jakie są ich kazania – komentujące Pismo Święte, połączone z osobistym świadectwem, czy jednostajnym moralizowaniem lub wytykaniem błędów politykom „wrogiej opcji”?

Katecheci
Czy katecheci potrafią zrozumieć nastolatków, zwłaszcza tych zbuntowanych, wątpiących, zanurzonych w popkulturze i mediach społecznościowych oraz głównym nurcie kultury masowej? Czy znajdują dla nich czas na rozmowy, wspólny język, argumentację, cierpliwe wyjaśnianie stanowiska Kościoła? Czy do wątpliwości młodych podchodzą ze zrozumieniem i traktują je jako szansę na szukanie prawdy, czy też jako zagrożenie i przejaw złej woli? Czy nie należy się zastanowić, na ile blisko siebie funkcjonują instytucje państwowe i Kościół, czy nie tworzą trudnej do zrozumienia i zaakceptowania „sztamy”?

Rodzice
A rodziny, co z rodzicami, przecież ich świadectwo i wychowanie są bardzo ważne? Czy uczą dzieci modlitwy, pomagają im głęboko przeżyć Eucharystię, I Komunię św., czy namawiają dzieci na bierzmowanie, tylko dlatego, że można mieć ślub kościelny? A może jest tak, że „Dziadka trochę martwi, że żadna z trzech jego wnuczek nie kultywuje religijnej tradycji poprzednich pokoleń, ale poza nim nikt już nie zaprząta sobie tym głowy” – jak pisze Patrycja Wieczorkiewicz. Ile rodzin jest lub byłoby tylko „trochę zmartwionych” apostazją najbliższych, w sumie obojętnych, bo nic szczególnego się nie stało?
Może apostaci mają rację, może nie sto procent racji, ale wystarczy, żeby zapaliły się ostrzegawcze światła.

Rachunek sumienia
Jest i bardzo bolesna przyczyna odejść, gdy głos zabierają ofiary molestowania przez księży i odchodzą poranieni i zdruzgotani. Czy reakcja biskupów, przełożonych, była właściwa, czy lekceważąca, ucieczkowa, niedostateczna, zabarwiona korporacyjną, źle pojętą solidarnością? Gorycz i zniechęcenie ofiar są całkowicie zrozumiałe, ich odejście – logiczne. W tej sytuacji pozostanie jest heroizmem.
Warto temu obrazowi, odmalowanemu w czarnych barwach, dokładnie się przyjrzeć, bo może pomóc w rachunku sumienia, podsumowaniu zaniechań i grzechów. Nawet najmniejszy zarzut wart jest zastanowienia, wyciągnięcia wniosków i paradoksalnie – może stać się początkiem uzdrowienia.
Bo może apostaci mają rację, może nie sto procent racji, ale wystarczy, żeby zapaliły się ostrzegawcze światła. Bo ich opowieści świadczą o ich wielkiej samotności. Na swojej drodze wiary nie znaleźli świadka.
W cieniu pozostaje starszy syn, ten, który nigdy nie odszedł, niczego nie zmarnotrawił, ale choć był fizycznie obecny, nie znał swojego ojca, jego hojnej i wspaniałomyślnej, przebaczającej miłości. Ta postać jest ostrzeżeniem dla nas, którzy zostają.

Strategie dla starszego syna
W przypowieści o synu marnotrawnym uwaga odbiorców przeważnie skupia się na młodszym synu, jego odejściu z częścią ojcowskiego dziedzictwa i powrocie po przebytej życiowej katastrofie. Ojciec jest obrazem Boga i Jego bezwarunkowej miłości. W cieniu pozostaje starszy syn, ten, który nigdy nie odszedł, niczego nie zmarnotrawił, ale choć był fizycznie obecny, nie znał swojego ojca, jego hojnej i wspaniałomyślnej, przebaczającej miłości.
Ta postać jest ostrzeżeniem dla nas, którzy zostają. Pozostanie w Kościele jest dzisiaj trudne. Nie zapewnia komfortu, przytulności i poczucia bezpieczeństwa. Katolicy są atakowani, szykanowani, wyszydzani, bo stoją na przeszkodzie w realizacji projektu nowego świata. Ale to nic w porównaniu z ujawnianymi grzechami ludzi Kościoła, w tym najstraszniejszym – krzywdzeniem dzieci. Wielkie oczyszczenie jest koniecznością.
Pozostanie w Kościele mając w świadomości, że jest się we wspólnocie aż takich grzeszników, wymaga odporności i łaski. Ale to nie wystarczy, samo pozostanie przy Ojcu nie wystarczy. Nie jest żadnym sukcesem, choć może budzić i budzi samozadowolenie i poczucie wyższości.
Prawdziwym „sukcesem”, jeśli już używać tego pojęcia, jest bycie świadkiem. Młodszy syn jest całkowicie wolny i ostatecznie on zdecyduje. Ale może nie odejdzie. Zostanie z powodu miłości Ojca.

 

bs publikacja 07.04.2021 13:30 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

Ks. Tomasz Fajt z Boliwii pisze o tym, jakie przeżycia towarzyszyły mu w czasie Wielkiego Tygodnia. Ma też dla nas kilka rad.
FB ks. Tomasz Fajt W Poniedziałek Wielkanocny tarnowski misjonarz wyruszył do wiosek znajdujących się na terenie jego parafii. W Palmiro ochrzcił ośmioro dzieci.
"Wiecie, co jest najlepsze? Że nie ma spiny. Że nikt tu nie liczy czasu. Że może być i kilka godzin. Że można przeczytać na spokojnie wszystkie czytania. Nie myśleć, jak kto wygląda, czy ktoś się pomyli albo dlaczego przyszedł właśnie dzisiaj. Cały Wielki Tydzień przeżywam tu inaczej. Często ze wzruszeniem. I po prostu słucham, myślę, dziękuje i nie raz powstrzymuje łzy. Bo to, co Chrystus zrobił dla nas, dla mnie, jest niezwykle. On naprawdę żyje!" - pisze ks. Tomasz Fajt, tarnowski misjonarz posługujący w boliwijskim Concepcion.
Opowiada o tym, jak przy okazji Wielkiego Piątku, usłyszał, dlaczego Triduum nie jest obowiązkowe. Wiecie dlaczego? "Bo do miłości nie można przymuszać (dzięki Paweł). A właśnie te dni mówią nam najwięcej o miłości Boga do każdego z nas. Dlatego powiedzcie temu, co ciągle tego nie rozumie (niech to będzie przemądrzały wujek, zawsze wiedzący wszystko kolega student, ciągle zmęczony mąż czy nowoczesny syn): »Stary, daj już spokój. To są największe wydarzenia w dziejach świata. To jest najświętszy czas, największa noc! Święta, niezwykła! To jest źródło nadziei na lepsze jutro. To, które będzie trwało zawsze. Dlatego przestań już głupio gadać, tylko ogarnij się w końcu i na kolanach powiedz Mu DZIĘKUJE. Dziękuje za pusty grób«” - radzi ks. Tomasz.
W Poniedziałek Wielkanocny tarnowski misjonarz wyruszył do wiosek znajdujących się na terenie jego parafii. W Palmiro ochrzcił ośmioro dzieci. "Potem poświęciłem pokarmy, zabrałem kurę na wynos, pogadałem trochę ze starą gwardia grającą tradycyjną muzykę chiquitanską, potańczyłem z jedną seniorą i do następnej wioski - San Fernando" - relacjonuje kapłan.
Dzień wcześniej także ochrzcił kilkanaście osób. "W większości byli to młodzi, przygotowujący się do bierzmowania, a wiec katechumeni. Odkąd tu jestem dorosłych i młodzież, a jak są w tych dniach to i dzieci, chrzcimy w Wigilię Paschalną. Ma to swój klimat. Że nie wspomnę o korzeniu historycznym i wymiarze teologicznym. Tak było przecież w pierwszych wiekach Kościoła! Potem nowo ochrzczeni otrzymują Komunię Świętą i idą z nami w procesji po Mszy jako nowi świadkowie Chrystusa Zmartwychwstałego" - opowiada misjonarz.

W Wigilię Paschalną, kiedy wychodził z kościoła z Najświętszym Sakramentem, mama kilkuletniej, dopiero co ochrzczonej dziewczynki podeszła do niego i złapała za welon (ozdobne nakrycie, które zakłada się na ramiona nosząc Najświętszy Sakrament), prosząc o błogosławieństwo dla swojej córki. "To tak jak ludzie dotykali szat Jezusa - pomyślałem. Bo przecież raz że niosłem Jezusa w rękach, a dwa to tak naprawdę chodziło o Jego błogosławieństwo. Wziąłem ją za rękę i chwile szliśmy razem. Potem ja pobłogosławiłem. A w sumie nie ja tylko On" - tłumaczy misjonarz.
Cieszy go, że tak dużo dzieci uczestniczyło w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia. "Niektóre naprawdę bardzo to przeżywały. Zwłaszcza piątkową Drogę Krzyżową przygotowaną przez młodzież. Samych aktorów było ok. 70. A ludzi to nawet nie liczyłem. Przede mną szła też taka mała dziewczynka z mamą. Nic nie widziała. Wziąłem jak na ramiona i w ten sposób przeszliśmy całą Drogę Krzyżową, a ona mogła widzieć wszystko w góry. To nic że w albie i stule, i że trochę się ze mnie lało. Bo było parno. Może akurat jej te obrazy zostaną na całe życie. Uczcie i przekazujcie swoim dzieciakom wiarę. Bo jak nie wy, to kto?" - zauważa ks. Tomasz, wskazując, że jest to zadanie przede wszystkim dla rodziców i chrzestnych. Ale i nas wszystkich. Mamy być oparciem dla tych najmniejszych.
Wieści z boliwijskiego Concepcion można śledzić na profilu FB ks. Tomasza Fajta - TUTAJ. https://www.facebook.com/tomasz.fajt.71

 

Jakub Kołacz SJ 10 kwietnia 2021, 08:00 źródło: https://deon.pl/

Kiedy uczniowie Jezusa poprosili Mistrza, aby nauczył ich modlitwy – co zaowocowało słowami „Ojcze nasz” (por. Łk 11, 2-4) – uczynili to z potrzeby serca, ale też trochę z zazdrości wobec uczniów Jana Chrzciciela, który nauczył swych uczniów rozmawiać z Ojcem (por. Łk 11, 1). Wnioskujemy stąd, że skoro Jan „ich nauczył”, to musiało to być coś innego niż tradycyjna modlitwa Izraelitów, ponieważ tę już znali. Jan Chrzciciel może zatem posłużyć jako przykład ilustrujący prawdę, że mistrzowie duchowi potrzebni są między innymi po to, by uczyli nas modlitwy, czyli tego, jak mówić do Boga i jak Go słuchać.
Pośród bogatych treści „Dzienniczka” Siostry Faustyny znalazło się także takie opowiadanie: „Zbudziła mnie wielka burza, wicher szalał i deszcz, jakoby chmura była oberwana, co chwila uderzały pioruny. Zaczęłam się modlić, aby burza nie wyrządziła żadnej szkody; wtem usłyszałam te słowa: «Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie». Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: «Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą Moją»” (Dz 1371).
Ta krótka historia, opisana prawie pod koniec Dzienniczka, do złudzenia przypomina doświadczenie największych proroków Starego Testamentu. Oni to przecież, zanim zostali przygotowani do wypełnienia swojej misji, musieli przejść szczególną drogę, aby dzięki własnemu doświadczeniu stali się wiarygodni, nabrali zaufania i przekonania, że Bóg ich prowadzi.
Wspomnijmy tu tylko Proroka Ezechiela, którego Bóg wyprowadził na pole pełne wyschłych kości (por. Ez 37, 1-14). Ukazując najpierw chaos prastarego cmentarzyska – leżą tam już tylko wyschłe, białe kości – Bóg nakazał Ezechielowi „prorokować”, modlić się nad nimi, aby w konsekwencji rozpoczął się cofać proces rozkładu. Cały ten cud został podzielony na kilka etapów, w trakcie których Bóg mówił Prorokowi, aby modlił się jeszcze goręcej. Na koniec nastąpił morał, z którego Ezechiel dowiedział się, że wszystko to miało miejsce po to, aby on sam stał się mądrzejszy.
Wizja burzy opisana przez Siostrę Faustynę była bardzo podobna: najpierw Bóg zaaranżował pewną sytuację, której groza sprawiała, że Siostra odczuwała bezsilność i strach, a następnie podpowiedział jej, co ma robić. Rozwiązaniem okazała się modlitwa. Na koniec Faustyna dowiedziała się, że wszystko to zdarzyło się po to, aby ona sama stała się mądrzejsza.
Kiedy człowiek staje przed Bogiem na modlitwie, to niezależnie od intencji, z jaką przychodzi, i łaski, jaką chce wyprosić, najpierw musi pomyśleć o sobie. Spotkanie z Bogiem powinno najpierw uspokoić i przemienić jego własną duszę, a dopiero wtedy może przystąpić do omawiania spraw, z jakimi przyszedł. Ten, kto się modli – nieważne, o co i za kogo – najpierw modli się za samego siebie.
Droga, jaką przeszła Faustyna, wzorem wszystkich sług Boga, była drogą nawiązania szczególnej relacji. Zaowocowała ona tym, że Bóg i prosta Zakonnica stali się sobie bliscy. Jezus najpierw wiele jej dał (pierwsza, retrospektywna część Dzienniczka dostarcza tu wielu przykładów takich darów), aby z kolei – kiedy Siostra Faustyna zaczęła odczuwać radość z Jego obecności – coraz więcej jej o sobie powiedzieć. Kiedy natomiast Faustyna nabrała zaufania i zaczęła manifestować swe bezgraniczne przywiązanie, Pan dopuścił ją do udziału w swojej misji.
Modlitwa, jaką jest koronka do Bożego Miłosierdzia, zrodziła się na styku tych właśnie dwóch etapów: zaufania i gotowości do podjęcia misji. Siostra Faustyna zapisała: „Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam Anioła, wykonawcę gniewu Bożego. […] Zaczęłam prosić Anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. […] W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej. […] Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi. Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam. Słowa, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej Męki miej Miłosierdzie dla nas” (Dzienniczek, 474-475).
Ten, kto się modli – nieważne, o co i za kogo – najpierw modli się za samego siebie.
Opis ten stanowi pierwszy ślad wołania o miłosierdzie dla świata. Nie była to jeszcze koronka, jaką znamy obecnie, ale „słowa wewnętrznie słyszane”. Faustyna przestraszyła się kary Bożej, na jaką zasłużył grzeszny świat. Posłuszna więc duchowemu natchnieniu, zaczęła mówić Bogu o swoim lęku – a że lęk ten i ból jeszcze bardziej by się spotęgowały, gdyby Bóg wykonał sprawiedliwą karę na grzesznej ludzkości, dlatego w obawie przed tym strachem, jaki mógłby wyjść poza granice tego, co mogła znieść, zaczęła prosić o miłosierdzie dla świata i dla… siebie. I to w pierwszym miejscu dla siebie, dlatego Bóg wysłuchał modlitwy właśnie ze względu na nią.
Bóg chciał, aby te „słowa wewnętrznie słyszane” nie były wyłącznie jednorazowym natchnieniem, dlatego następnego dnia miało miejsce kolejne objawienie powiązane z pierwszym. Faustyna napisała o nim tak: „Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: «Ile razy wejdziesz do kaplicy – odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. […] Najpierw odmówisz jedno Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, i Wierzę w Boga, następnie na paciorkach Ojcze nasz mówić będziesz następujące słowa: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego; na paciorkach Zdrowaś Maryjo będziesz odmawiać następujące słowa: dla Jego bolesnej Męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem»” (Dzienniczek, 476).
Jeśli sami chcemy się skutecznie modlić słowami koronki, musimy powtarzać je w duchu Faustyny – nie jako magiczne zaklinanie Boga, ale jako „słowa wewnętrznie słyszane”. To znaczy musimy naprawdę chcieć Bożego miłosierdzia i dla siebie, i dla świata, jednocześnie czując cały ciężar zła i grzechu, który wymaga odkupienia i miłosierdzia. W dodatku musimy wierzyć, że Bóg rzeczywiście to miłosierdzie chce nam okazać.
Pełna wersja tekstu ukazała się w kwartalniku „Życie Duchowe”, 74/2013.

Autor: Jakub Kołacz SJ
Dyrektor Wydawnictwa WAM i DEON.pl. W latach 2014-2020 przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego. Autor kilku przekładów i książek, m.in. "Po kostki w wodzie. Siedem katechez o wierze uczniów Jezusa" (dostępnej także jako audiobook).

 

Ks. Tomasz Horak dodane 10.04.2021 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

A z tej naszej liturgii tym razem emanował wielki spokój.

To był ten duży dzięcioł i mimo czerwonej czapeczki nie można go było dostrzec. Ale ksylofon miał dobry i turkotał nim na całą okolicę. A synogarlice krążyły, goniły się wzajemnie i zaczepnie pohukiwały. To było szczególne tło wielkotygodniowej liturgii. Gdzie? A czy to ważne? Takich miejsc pewnie wiele było w Polsce. Bo tam, gdzie kościół jest metrażem zbyt mały, a przed, albo i za nim stosowne miejsce, proboszczowie przenieśli liturgię na zewnątrz świątyni. Trafiłem do zaprzyjaźnionej parafii, gdzie właśnie z dzięciołem i synogarlicami w tle celebrowaliśmy Paschalne Triduum.
Tłem, więcej niż tłem, były nie ptaki, a... groby. Bo cmentarz wypełnia tam przestrzeń okoloną staroświeckim murem, gdzie świątynia oraz cmentarz stanowią całość. Gdy słuchałem wielkoczwartkowego czytania skojarzyła mi się inna sceneria – inna ale jakoś podobna. Skojarzenie sprzed tysiąca dziewięciuset lat. Z czasów prześladowań wyznawców Zmartwychwstałego. Gromadzili się w Rzymie, ale i wielu innych ośrodkach ówczesnego świata w katakumbach. Były to podziemne miasta umarłych. Taki tam układ geologiczny, że drążenie podziemnych korytarzy jest stosunkowo łatwe. Plątanina korytarzy, grobów, sarkofagów bywała przedziwna i dawała schronienie. A niejeden grób krył w sobie szczątki męczenników. Eucharystia sprawowana na takim grobie nabierała szczególnej wymowy. Z tego z czasem zrodził się zwyczaj wmurowywania w stół ołtarzowy relikwii męczenników – ten zwyczaj trwa do dziś.
Wielkotygodniowa liturgia w otoczeniu grobów. A przy grobach żywi! Każdy przy grobie najbliższych... Może niektórzy święci? Z tych nieogłoszonych oficjalnie, ale w życiu święci. Jak znam ludzi, to zdaję sobie sprawę, że w niejednym grobie także nie-święci. Ale i oni ślad dobra i wiary po sobie zostawili. Teraz tą przedziwną, wymuszoną w swoim przebiegu liturgią, włączeni zostali do kręgu szukających Zmartwychwstałego.
A wokół ołtarza – takiego przenośnego, z namiotowym daszkiem i wszystkimi potrzebnymi sprzętami – gromada posługujących. Dorośli mężczyźni, młodzieńcy, rosłe panny, dzieci. Kobiet nie widać – ale słychać, prowadzą śpiew na chórze mając z resztą komunikację i synchronizację tylko dźwiękową. I to działa. Widać, że każdy swoją funkcję ma i jest w niej dobrze zorientowany. Tyle, że polowe warunki stwarzają niezręczne sytuacje – ale ze wszystkiego można ze stoickim spokojem wybrnąć. I tak od Wielkiego Czwartku aż po Niedzielę Wielkanocną – ze słońcem, trochę deszczem, wiatrem, także wichurą świętowali chrześcijanie Zmartwychwstanie Pana.
No tak, powie ktoś, ale kiedyś chrześcijanie kryli się w katakumbach przed prześladującą ich władzą i wrogim tłumem. Dziś jest inaczej, no i nie kryliśmy się... Prawda. Ale wróg nas tak poustawiał. Wróg? A no wróg, koronawirus. Czyż nie wróg? Inny niż rzymski cesarz, ale nieprzejednany wróg. A na płaszczyźnie tej epidemicznej siły, wrogiej każdemu człowiekowi siły, dochodzą do głosu jak nie wrogowie, to co najmniej wyrastają wzajemne niechęci, podejrzenia, insynuacje, interesiki i ogromne interesy. Nie będę wyliczał przykładów, koń jaki jest – każdy widzi, jak zauważył filozof.
Niemniej jednak nie brakuje głośno nawet formułowanych oskarżeń, że to wszystko albo celowa robota, albo jeden wielki spisek przeciw ludzkości. Powoli, powoli. W niektórych szczegółach może, zgodnie z przysłowiem, „tkwić diabeł”. Ale nie w całości epidemii. Historia ludzkiej rodziny zna epidemie – kiedyś o tyle straszniejsze, że ludzie byli zupełnie bezradni. Jakimś środkiem była kwarantanna, ale bywało, że przeżywał jeden na stu... Bywała dżuma, była cholera, była hiszpanka – to najbardziej znane pandemie. W naszych czasach jest jeszcze (oprócz covidu) inna pandemia. „Gdzie my pojedziemy na święta?” I nie tylko na święta. Jedni płaczą. Bo nie mogą pojechać straszyć niedźwiadka w Tatrach, inni płaczą, bo boją się do rodziców – a nuż im wirusa zawiozą. Tych rozumiem, tamtych niekoniecznie. Coraz uciążliwsza ta choroba podróżowania. Zresztą – to właśnie przez nią wirus tak błyskawicznie rozprzestrzenił się po całym globie.
A z tej naszej liturgii – także tej cmentarnej – emanuje i tym razem emanował wielki spokój. Nawet zwyczajnych komend liturgicznych wypowiadanych szeptem nie było. Z maseczką na twarzy to nie działa. A transmisja drogą internetową? Działa. I nie ma co na te transmisje wybrzydzać. Owszem, wychowywać ludzi do korzystania z tej techniki, cieszyć się, że jest w zasięgu każdej parafii. A równocześnie celebrans i liturgiczny zespół powinien być bardzo uważny, akcja przygotowana, bo patrzą także ci nie całkiem przekonani. I ci, co to potrafią zwęszyć każdą śmiesznostkę i puścić jakimś twittem w świat. To nie są wrogowie, ale my nikomu nie dawajmy okazji do kpin i żartów.

 

ks. Włodzimierz Lewandowski dodane 08.04.2021 11:56 źródło: https://info.wiara.pl/

Nie możemy sobie pozwolić na to, by nasze życie zostało ograniczone do pytania jak przetrwać pandemię.

Przed dwoma lub trzema laty przedświąteczna dyskusja toczyła się wokół momentu zakończenia okresu Wielkiego Postu. Była, przyznać trzeba ciekawa. Pojawiły się dwojakie argumenty. Z jednej strony przepisy liturgiczne, z drugiej teksty z ich tłumaczeniami i historia. Wiekowych naleciałości, decydujących o obecnym kształcie czterdziestu dni, Wielkiego Tygodnia i Świąt Paschalnych jest wiele. Rozmiłowany w liturgii Czytelnik z pewnością dotrze do źródeł, próbując uchwycić procesy, jakie towarzyszyły rozwojowi rytu rzymskiego.
W tym roku, choć akurat nie w Polsce, zainicjowano (a może kontynuowano) dyskusję o początku Wielkanocy. La Civilta Cattolica zamieściła tekst zatytułowany:
„Liturgiczna celebracja Paschy w Kościele starożytnym”.=>> https://www.laciviltacattolica.it/articolo/la-celebrazione-liturgica-della-pasqua-nella-chiesa-antica/
Jednym z postawionych przez Enrico Cattaneo pytań brzmi: Wielkanoc zaczyna się zwiastowaniem Zmartwychwstania Pana czy w momencie, gdy celebrujemy Jego Mękę. Autor powołuje się na dwie tradycje. Orygenesa, wskazującego na drugi ze wskazanych momentów, i Cypriana z Kartaginy, przenoszącego akcent na pierwszy. Jeśli na postawione pytanie będziemy próbowali odpowiedzieć powołując się na strukturę mszału i List u Okólnego o Świętowaniu Paschy, będziemy mieli taki sam problem jak z zakończeniem Wielkiego Postu. Z jednej strony mszał i List akcentują jedność Triduum, wskazując na celebrację tajemnicy Chrystusa Umęczonego, Pogrzebanego i Zmartwychwstałego. Z drugiej, wyczuwamy pewien dysonans w momencie, gdy zauważamy w mszale i rubrykach uwagę, że Wigilią Paschalną rozpoczynamy okres wielkanocny.
Jedno w tej dyskusji nie ulega wątpliwości. Pascha nie zawiera "statycznego, nieruchomego centrum, ale element, działający jak oś w procesie przemiany i przejścia od niewoli do wolności, od śmierci do życia. Nie jeden dzień, ale cały proces nazywamy Paschą. Jak ofiarowany baranek był punktem zwrotnym, umożliwiającym przejście z Egiptu do Ziemi Obiecanej, i jak podczas każdego obchodu Paschy Żydzi zdawali sobie sprawę, że zawsze są powołani do przechodzenia z niewoli do wolności, tak teraz Chrystus: nie tylko podczas Paschy, ale w każdej Eucharystii sprawia, że przechodzimy ze śmierci do nowego życia w Duchu Świętym".
Tymczasem tematem, jaki dominował w dyskusji podczas Triduum Paschalnego była… święconka. Pomijam sposób jej prowadzenia. Argumentów merytorycznych niewiele. Zarzutów herezji, modernizmu, niszczenia polskich tradycji dużo. Nawet głos autorytetu w osobie ojca Dominika Jurczaka OP, zwracającego uwagę na coś oczywistego, jak mająca taką sama moc sprawczą co świąteczne błogosławieństwo modlitwa przed każdym posiłkiem, nie przekonał. Po trosze rozumiem. Limity, ograniczenia, zakazy, wszystko to sprawiło, że przynajmniej święconka dawała poczucie, że wszystko jeszcze trwa. Aczkolwiek, patrząc na statystyki obrazujące ilość przychodzących ze święconką i obecnych na świątecznej liturgii poza pandemią, można mieć wątpliwości, czy ograniczenie świętowania Wielkanocy do błogosławieństwa pokarmów, ma jeszcze coś wspólnego z jej chrześcijańskim świętowaniem.
Wątków nieobecnych podczas trwającej pandemii jest więcej. Cytowany wyżej jezuicki periodyk zamieszcza w najnowszym numerze tekst, nawiązujący do ubiegłorocznego Listu o nawróceniu duszpasterskim parafii. W księgarni Watykańskiej ukazała się dziś książka siostry Natalii Bequard: „Duch odnawia wszystko”. O duszpasterstwie młodzieży i z młodzieżą. Przedmowę do książki napisał brat Alois z Taize. Wspominam o nieobecnych wątkach z jednego powodu. Nie możemy sobie pozwolić na to, by nasze życie zostało ograniczone do pytania jak przetrwać. Bo tym, co może pomóc nam przetrwać, jest właśnie twórcza dyskusja o tym, jak zagospodarujemy naszą przestrzeń, Kościół, gdy już to wszystko się skończy. Jej brak może sprawić, że gdy traumatyczne wydarzenia będziemy mieli za sobą, pozostanie w nas paraliż. Jego skutki, objawiające się w niemożności pójścia dalej, braku wizji, łatwo przewidzieć.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00